niedziela, 25 marca 2012

Surry Hills i kontestowanie rzeczywistości

Pierwsze wrażenia po przylocie były jak najbardziej pozytywne. Sydney jest miastem ogromnym, ale przyjaznym i prostym w obsłudze, najlepiej tak naprawdę przemieszczać się pieszo, bo transport publiczny mocno szwankuje. Samo centrum jest niewielkie i łatwo się zorientować już po pierwszym dniu gdzie co jest. Pogoda zazwyczaj dopisuje (wszak Australia znana jest ze słońca i upalnych temperatur), ja miałam jednak pecha, ponieważ gdy wybraliśmy się na nasz pierwszy spacer, tuż przed samym budynkiem słynnej Opery, lunął przeraźliwy deszcz. Zrobiło się tak ślisko, że trudno było się przemieszczać w plastikowych japonkach po chodniku. Tak przywitała mnie Australia. I dobrze. Bo teraz już wiem, że jest nieprzewidywalna.

W zeszłym roku, zanim jeszcze wyruszyliśmy w podróż, naszym punktem zaczepienia na dwa miesiące było Surry Hills. Mogłabym powiedzieć, że jest to trochę taki większy krakowski Kazimierz, dzielnica bohemy Sydney, miejsce, gdzie wśród wąskich uliczek i małych, kolorowych, przytulnie wyglądających, kolonialnych domków kręcą się tabuny "pięknych trzydziestoletnich". Surry Hills to miejsce, gdzie króluje styl vintage, ale ubrania kupowane w tamtejszych second handach zazwyczaj kosztują dużo, dużo drożej niż i tak wystarczająco drogie ciuchy z australijskich sieciówek. Wygląda na to, że w dobrym guście jest wyskoczyć na śniadanie lub lunch do którejś z pobliskich kafejek.  Muszę przyznać, że są one urzekające. Sama spędziłam mnóstwo czasu na wałęsaniu się po tamtejszej okolicy, przyjemne jest już samo siedzenie i obserwowanie tego, co się dzieje dookoła. Wiem, że to co opisuję brzmi pretensjonalnie, ale naprawdę nigdy nie poczułam takiej atmosfery w powietrzu. Ludzie są bezpośredni, uśmiechnięci, a ich styl jest, jakby nie było, raczej naturalny i niewymuszony, choć w niektórych przypadkach owszem, trąci kontestowaniem rzeczywistości na siłę. Przy głównej ulicy, Crown Street, można znaleźć mnóstwo galerii i restauracji z jedzeniem z wszelkim stron świata. Trzeba przyznać, że w Sydney dba się bardzo o wysoką jakość serwowanych potraw i chociaż wyjście do restauracji to wydatek, który o wiele przewyższa standardowe polskie wyobrażenie o tym, ile taka przyjemność może kosztować, naprawdę warto choć raz pozwolić sobie na tę odrobinę luksusu. Jedzenie jest świeże, porcje są solidne, a smak australijskiej wołowiny nie ma sobie równych. Crown Street łączy się z Oxford Street, jedną z głównych ulic prowadzących do centrum miasta. Ta okolica to znana gay okolica, pełna nocnych klubów, sex shopów, podejrzanych lokali, drag queen i transwestytów. Cóż, taki koloryt lokalny.











Muszę jednak przyznać, że gdy wróciłam na Oxford Street po 2 miesiącach spędzonych na drodze, gdzie naszymi jedynymi towarzyszami przez długie godziny jazdy samochodem były tylko wschody i zachody słońca, cisza i pustynia, pomyślałam sobie że coś tu jednak nie gra. Może to śmieszne, ale po powrocie do cywilizacji (i po dość długiej w niej nieobecności), człowiek zaczyna się nagle zastanawiać nad tym, co jest tak naprawdę w życiu ważne. To, co wtedy zobaczyłam na Oxford Street wydało mi się  po prostu przykre i bardzo smutne. Odniosłam wrażenie, że jakoś się w tym wszystkim chyba trochę pogubiliśmy. Oxford Street jawiło się jako miejsce pełne ludzi zagubionych, smutnych, żyjących w przekonaniu, że oprócz dobrej zabawy nic więcej im w życiu nie potrzeba. „Hedonistyczna ułuda”, pomyślałam. Głębokie przemyślenia jak na pierwszą sobotnią noc po powrocie, i wiem, że była to z mojej strony trochę hipokryzja, bo, jakby nie było, zawsze lubiłam dobrą zabawę, miejskość i cywilizację. Ale wtedy, rok temu, po dwóch miesiącach w drodze, czułam, że coś ta podróż jednak we mnie zmieniła. Wtedy chyba też wierzyłam, że mogłoby tak być już zawsze. Teraz wiem, że to nie jest do końca możliwe. Życie, w szczególności praca i codzienne obowiązki wymuszają na nas dostosowanie się do pewnych cywilizacyjnych wymogów. Można oczywiście próbować się zbuntować. Może, niektórym nawet się to udało. Ja wiem, niestety, że bardzo trudno jest pogodzić jedno z drugim. Trudno jest żyć w całkowitej zgodzie z otaczająca nas przyrodą, jeść zdrowo, budzić się ze wschodem słońca, przebywać na świeżym powietrzu i nie przejmować się Internetem, telewizją, telefonami komórkowymi i pieniędzmi, a jednocześnie biegać codziennie do pracy, w pełnym makijażu, zarabiać jakoś na życie. Tego, według mnie, nie da się pogodzić. Ale jedno wiem na pewno, można usiłować stać się lepszą osobą, bardziej świadomą tego, co tak naprawdę jest w życiu ważne i dbać o wszystko co otacza nas dookoła. I uciekać w tę dzicz jak najczęściej się da. Taka ucieczka koi, regeneruje, rekompensuje tysiące straconych, przepełnionych niepotrzebnym stresem godzin życia. Niesamowite jak wiele można się nauczyć, zobaczyć odkryć i zrobić w jeden wolny od pracy, ale dobrze przemyślany i zaplanowany dzień na łonie natury. To prawdziwy quality time. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że po powrocie do domu przestałam korzystać z Internetu i czytam przy zapalonej świeczce. Ale owszem, szanuję zieleń, segreguję śmieci, wierzę w recykling, choć trudno się nie załamać widząc w jakich warunkach się to u nas w Polsce odbywa. Nie mam i nie chcę mieć w domu telewizora. Stałam się wrażliwsza na to, co mnie otacza.

Land Down Under

Pomyślcie: Australia. Co przychodzi wam do głowy? Moja wiedza o tym kraju była naprawdę znikoma. W zasadzie ograniczała się do klasycznych, stereotypowych wyobrażeń, typu: kangury, koala, eukaliptus, surfing. Oprócz tego, wiedziałam jeszcze to, o czym przez długie miesiąca opowiadał mi Drifter, od momentu gdy się poznaliśmy. Owszem, byłam ciekawa tego odległego państwa-wyspy, ale z drugiej strony muszę przyznać, że Australia jako taka nie pociągała wcześniej mnie w jakiś szczególny sposób. Kultura Aborygenów nie wydawała mi się interesująca, australijskie miasta kojarzyły mi się głównie ze szklanymi drapaczami chmur, totalnym brakiem zabytków, historii i kultury. Jednym słowem: gdybym kilka lat temu miałam wybrać top 10 miejsc na Ziemi, które naprawdę chciałabym odwiedzić, Australia raczej nie znalazłaby się wtedy na mojej liście.

Chcę poświęcić cały osobny wpis na listę moich ulubionych „australijskich absurdów”, ale jeszcze nie przyszła na to odpowiednia pora. Niemniej jednak, muszę wspomnieć o kilku niesamowitościach, które już na początku podróży sprawiły, że naprawdę zaczęło do mnie docierać to, gdzie jestem. A konkretniej rzecz ujmując, jak daleko od domu przyszło mi spędzić najbliższe cztery miesiące. Tak, woda faktycznie wiruje w odwrotnym kierunku, gdy wyjmiemy korek z wanny. Nie znam się na fizyce, ale jestem pewna, że mówiliśmy o czymś podobnym w szkole. Oczywiście musi mieć to związek z ruchem obrotowym Ziemi, jej polem magnetycznym i faktem, że Australia znajduje się na południowej półkuli.

W Polsce czasem mówią na nią Antypody. Australijczycy lubią mówić o niej Down Under lub OZ. Jako filolog i językoznawca (pozwólcie, że poprawię sobie humor tytułując się w ten sposób), pozwolę sobie tutaj na krótką, lingwistyczną dygresję. Pierwszym odkrywcom Piątego Kontynentu wydało się, że  odkryli wspomnianą już przeze mnie wcześniej mityczną Terra Australis Incognita. Nazwa się przyjęła i do dziś ma się bardzo dobrze, funkcjonuje pod taką postacią we wszystkich znanych mi językach. Frapującą nazwę Antypodów zawdzięczamy starożytnym Grekom. Antipodes, "naprzeciw stopy". Zastanawiano się też, czy na południowej półkuli chodzi się na przykład do góry nogami. Nazwa Down Under jest powszechnie używana i lubiana przez samych Australijczyków. W tym miejscu uważam za nieodzowne przypomnieć kultowy już kawałek grany przez australijską grupę Men at work w latach osiemdziesiątych. 


Zachwyciła mnie też wersja zagrana przez nich na żywo na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Sydney. To piosenka, która łączy pokolenia Australijczyków. Osobiście uważam, że zarówno teledysk jak i jej dość absurdalny tekst doskonale oddają pewne cechy charakteru tego narodu. Mam tu na myśli głównie cudowny dystans do samych siebie i niejaką filozofię życiową, którą większość z Australijczyków faktycznie wyznaje, streszczającą się w jakże pięknym w swojej prostocie sformułowaniu no worries. Ale także dumę narodową. Australijczycy naprawdę kochają swój kraj i dają temu wyraz na każdym kroku. Większość produktów spożywczych sprzedawanych w supermarketach to produkty wytwarzane lokalnie, proudly made in Australia. Tak, oni naprawdę piszą na etykietach słowo proudly. Flagi narodowe widać wszędzie. Dosłownie wszędzie, na japonkach i majtkach włącznie. Rzecz, która prawdopodobnie byłaby karana wyrokiem sądowym w Polsce za bezczeszczenie symboli narodowych. Australijczycy, w przeciwieństwie do większości Europejczyków wykazują ogromny luz jeśli chodzi o te sprawy. Potrafię też śmiać się sami z siebie i wolni są od wielu uprzedzeń i stereotypów, które wciąż niestety pokutują na naszym kontynencie. Wynika to po części ze zwykłej, ludzkiej ignorancji – wielu Australijczyków zwyczajnie nie wie i nie interesuje się niczym, co dzieje się poza ich własnym krajem. Ale z drugiej strony, bierze się to z głęboko zakorzenionego poczucia równości, solidarności i wspólnotowości. I tego moglibyśmy się od nich uczyć. Australijczycy nie oceniają tak łatwo. Być może dlatego, że są tak daleko od wszelkich innych państw, że każdy gość „spoza” jest dla nich poniekąd atrakcyjny, szczególnie jeśli przybywa z Europy. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy miałam tam poczucie, że ktoś mógłby mi zazdrościć, że jestem z Polski, że fajnie byłoby mieć nasze obywatelstwo. No bo w końcu to Unia Europejska. Do tej pory miałam dziwne wrażenie, że przedstawiając się Anglikowi bądź tez Francuzowi, patrzono na mnie trochę z góry. „Z Polski? Ahh… tak” - w domyśle „z tej Polski, gdzie kradną samochody, skąd przyjeżdżają do nas tani robotnicy, którzy zabierają pracę naszym ludziom, kraju fliziarzy, cwaniaków, hydraulików i alkoholików” (zdaję sobie sprawę, że trochę przesadzam, ale jednak…). Do tego pakietu niektórzy dorzucą kilka pozytywnych skojarzeń „ciężko pracują, znają języki, są wykształceni, mieli niełatwą historię, przeżyli II wojnę światową i komunizm” oraz garść nazwisk naszych sztandarowych postaci historycznych (Wałęsa, Chopin, Kopernik, Jan Paweł II), jest to jednak już wyższy intelektualny level. Ciężko zresztą kogoś winić za to, że nazwisko Chopin nie do końca z Polską się kojarzy. Ale jakieś skojarzenia zawsze jednak są. W Europie jest zwyczajnie za ciasno, od lat brakuje powietrza i przestrzeni dla tak wielu narodów i kultur, które przez setki lat jakoś musiały się wzajemnie znosić, ale wiadomo, nie zawsze było kolorowo. Poza tym, 2000 lat wspólnej historii też robi swoje i od pewnych skojarzeń uciec się po prostu nie da, nawet jeśli się ich po cichu, w głębi serca, wstydzimy. Natomiast w Australii tych skojarzeń nie ma. Ani negatywnych ani pozytywnych. Fajnie jest usłyszeć „that’s so cool”, jak się powie skąd się jest. W Australii Polska brzmi zdecydowanie egzotycznie. Historia potrafi być przewrotna: uważam, że to niesamowite w jaki sposób Australijczycy przekuli karę jaką było zesłanie w te najodleglejsze na Kuli Ziemskiej tereny w ogromny sukces jakim jest bezpieczeństwo, bogactwa naturalne i gospodarczy dobrobyt, którym kraj szczyci się na każdym kroku. Ma prawie wszystko, stara się importować jak najmniej. Men at Work śpiewają o niej „Land of Plenty”. I coś w tym jest, bo Australia jest dziś praktycznie samowystarczalna z punktu widzenia ekonomicznego i po prostu dobrze się żyje.

Droga tam

Mówią, że najlepiej zacząć od początku… Droga była długa i nie zawsze należała do przyjemnych. Najgorsza była wspomniana już przeze mnie jazda autokarem Eurolines z Krakowa przez Berlin do Londynu. Przez cały czas puszczali nam filmy, nie dało się spać, w autobusie było wielu Polaków jadących do pracy do UK. Było też niestety sporo irytujących, wulgarnych typów pijący wódkę cichaczem na tylnych siedzeniach. Jednego kolesia wysadzili za pijaństwo jeszcze przed przekroczeniem granicy, może to i lepiej, bo wstydu nie przynosił. Mękę jazdy autobusem wynagrodziła dwugodzinna przeprawa promem z Dunkierki do Dover. Przyjemna, chłodna morska bryza ocuciła mnie z letargu, warto było wybrać się w tę trasę chociażby ze względu na słynne Białe Klify Dover rysujące się na horyzoncie w miarę jak zbliżaliśmy się do Anglii. Noc w Londynie, zmiana lotniska, długie czekanie na Heathrow. Miałam przesiadkę w Bangkoku, było to interesujące doświadczenie choć wiadomo, że widziałam tylko lotnisko, ale przynajmniej napisy były śmieszne. Takie robaczki. Kawa, niestety droga i niesmaczna. Z Bangkoku lecieliśmy już prosto do Sydney, najpierw przez ocean, a potem długo, długo w poprzek Australii. Była noc, więc nie widziałam wiele, ale pamiętam, że zdziwiła mnie jednak rzecz. Wyglądając przez okno prawie w ogóle nie dało dostrzec w dole żadnych, ale to absolutnie żadnych świateł. Dzięki elektronicznej mapie, którą mieliśmy w samolocie mogłam śledzić dokładnie trasę lotu. I oto co zaobserwowałam: jedyne światła na lądzie widziałam w pobliżu Darwin, na północy. Nie do końca jeszcze rozumiałam dlaczego między Darwin a Sydney żadne inne światła nie zwróciły mojej uwagi. Wkrótce miałam przekonać się na własnej skórze dlaczego… Potem jeszcze tylko 9 godzin w samolocie i tak oto, na początku listopada, wylądowałam cało i szczęśliwie w Sydney. Do tej pory pamiętam widok z okien samolotu. Długie kołowanie nad zatoką, nad którą położone jest miasto. Plaże rozsiane wzdłuż wybrzeża, jedna za drugą. Widok niepowtarzalny. „W końcu mamy lato” – pomyślałam. I tak, po 3 dniach podróży, 27 godzinach w autokarze, 25 godzinach spędzonych w powietrzu, dodaniu 10 godzin w kalendarzu i pokonaniu blisko 25 000 km, czyli więcej niż połowy obwodu kuli ziemskiej, byłam u celu. Nie do końca chyba mogłam w to uwierzyć.







Express yourself


Najtrudniej jest zacząć. To, co znajduje się w tym poście napisałam na lotnisku Heathrow, w piątek trzynastego, rok 2012, jeśli chodzi o mnie, data jak najbardziej szczęśliwa... Siedzę tu już kilka godzin, udało mi się podłączyć netbook do stanowiska charge for free (muszę koniecznie podziękować Drifterowi za jego praktyczny prezent – szwajcarską superwtyczkę, która konwertuje wszystko na wszystko, prościej mówiąc, sprawia, ze mój sprzęt działa bez problemu na całym świecie (how cool is that?!). Ponad rok temu, dokładnie w ostatnim dniu października 2011, wyruszyłam w najdłuższą i najbardziej nieoczekiwaną jak dotąd podróż w moim życiu. Celem była Australia. Od ponad roku obiecywałam sobie, że opiszę trasę naszej dwumiesięcznej podróży przez Australijskie ostępy. Tak samo jak wtedy, będąc na miejscu obiecywałam sobie oczywiście, że będę prowadzić regularny dziennik podróży. Ci, którzy znają mnie osobiście już teraz mogą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy mi się to udało. Tym, którzy mnie nie znają, odpowiadam: nie udało się. Jestem zbyt roztargniona, czasem leniwa, rozproszona tysiącem rzeczy, ludzi i wszelkiego rodzaju wrażeń, które bombardują wszystkie moje zmysły, że do tej pory nie nauczyłam się systematyczności. Tak czy siak, pisałam rzadko, ale widziałam dużo. Mam fotograficzną pamięć do pewnych miejsc, które odwiedzam, tam gdzie pamięć zawodzi, z pomocą przychodzą zdjęcia, notatki no i przede wszystkim Mapa. Pisana z wielkiej litery, bo to nie jest jakaś tam sobie byle jaka mapa, tylko specjalna mapa geograficzna Australii, na której przez pełne 2 miesiące skrupulatnie zaznaczałam trasę naszej podróży, ilość dni jakie spędziliśmy w danym miejscu, kierunek drogi, wyjazdy, powroty, miejscowości, gdzie byliśmy tylko przelotem i miasta gdzie utknęliśmy na kilka dni. Ta Mapa to skarb, który ponownie wiozę do Sydney ze sobą, w nadziei, że pomoże mi wywiązać się z moich noworocznych postanowień, to jest opisać to wszystko zanim zapomnę. Dla siebie, dla potomnych, dla tych wszystkich, którzy po prostu zechcą poczytać coś innego niż Pudelek przy codziennej porcji swoich płatków śniadaniowych oraz dla tych, których Australia, w dowolnym jej aspekcie, w jakiś sposób fascynuje.

Wpisy na tym blogu są i będą spontaniczne, niemniej jednak postaram się nadać pewien rytm i chronologię wydarzeniom przeze mnie tu opisywanym. Równocześnie, ze względu na moje prywatne zainteresowania językiem i wszystkim, co z nim związane, raz na jakiś czas będę przeplatać moje wpisy notatkami na temat australijskiej odmiany języka angielskiego, w której jestem bezgranicznie zakochana (akcent, slang, melodia). Być może pojawią się notki biograficzne dotyczące fascynujących mnie postaci odkrywców, podróżników i wayferereów wszelkiego rodzaju. Postaram się napisać coś o historii tego kraju, w miarę możliwości postaram się też udzielić kilku porad praktycznych, które być może okażą się pomocne dla osób, które mają zamiar wybrać się w podróż do Australii. Postaram się też odpowiedzieć na wszelkie pytania, które pojawią się w komentarzach.

środa, 21 marca 2012

Get that travel bug

Tak naprawdę nie wiem, kiedy dokładnie narodził się pomysł na odbycie tej podróży. To musiały być wakacje 2010. Drifter powiedział do mnie któregoś dnia: "czy lubisz camping? co powiedziałabyś na dłuższą podróż, samochodem?". Ot tak, po prostu. Oczywiście, że powiedziałam tak, kto by nie powiedział? Nigdy nie byłam w Australii, nie miałam tak naprawdę pojęcia o czym mówimy. Odległości, krajobrazy, warunki podróżowania... zgodziłam się spontanicznie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, była to chyba najlepsza decyzja jaką do tej pory podjęłam w życiu. W Sydney po raz pierwszy wylądowałam na początku listopada. Surrealne przeżycie. Podróż trwała (kalendarzowo) prawie 4 dni. 27 godzin spędzonych w autokarze z Krakowa przez Berlin, Dunkierkę, Dover do Londynu. Nocleg w Londynie, wyprawa na Heathrow, lot do Bangkoku (14 godzin+3 godziny na lotnisku), z Bangkoku do Sydney (8 godzin) + 10 godzin dodanych w zegarku, ze względu na zmianę strefy czasowej. Wyruszyłam we czwartek w południe, wylądowałam w niedzielę rano. Szok termiczny. W Polsce zaczynała się już wszak powoli zima, w Australii właśnie rozpoczynało się lato. Każda podróż inspiruje, ale czynnik odległości ma na pewno ogromny wpływ na nasze postrzeganie. Lecąc do Australii naprawdę CZUĆ, że jest daleko. Słynnego jet lagu nie było, chyba z ogólnej ekscytacji i chęci poznania Nowego. Po mniej więcej tygodniu zdrowej i wskazanej adaptacji, trzeba było podjąć pewne decyzje, co do tego, gdzie jedziemy, czym jedziemy i na jak długo chcielibyśmy jechać. Zrozumiałe, że w powyższych kwestiach pokładałam moje bezgraniczne zaufanie w moim towarzyszu podróży, bo był Stamtąd. Po długich namysłach i konsultacjach, ostatecznie postanowiliśmy wyruszyć zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, jak tylko uda się na ten czas kupić lub wynająć odpowiedni samochód i załatwić wszystkie formalności. Plan podróży miał być tylko ogólnie zarysowany, o wszystkich szczegółach mieliśmy decydować as we go. Trzymała nas tylko jedna data: 30 grudnia, dzień przed Sylwestrem, mieliśmy być na Philip's Island, na południe od Melbourne, ponad 1000 km stąd. To dało się zrobić, o resztę się nie martwiliśmy. Planowany czas podróży: 2 miesiące. Trasa została wytyczona: Sydney do Melbourne wzdłuż wschodniego wybrzeża, krótki pobyt na Philip's Island, przebycie Great Ocean Road w stanie Victoria, przekroczenie granicy ze stanem South Australia, dłuższy pobyt na Kangaroo Island, następnie Adelaide - ostatni powiew cywilizacji przed wyruszeniem w Outback. Przez Port Augusta mieliśmy skierować się na północ, przemierzając słynną Stuart's Highway, jedyną drogę asfaltową łączącą północ z południem, przez Coober Pedy w kierunku Alice Springs. Po drodze odbiliśmy jeszcze na zachód, po to, aby na własne oczy ujrzeć ikonę Australii, czerwoną skałę Uluru (dawniej Ayers Rock). Stamtąd mieliśmy podążać jeszcze trochę na północ, aż do Tennant Creek, aby potem odbić z powrotem na wschód (tym samym, zataczając pełną petlę) przez Mount Isa aż do Townsville. Z Townsville w stanie Queensland chcieliśmy wrócić do Sydney wzdłuż malowniczego wschodniego wybrzeża, gdzie znajdują się prawdopodobnie najbardziej ikoniczne miejsca związane z Australią, chociażby takie jak Wielka Rafa Koralowa. Niestety, los chciał inaczej. Utknęliśmy w Alice Springs z powodu ogromnego cyklonu Yasi, który nawiedził wtedy Queensland i spowodował tragiczne w skutkach powodzie, o których nawet w Polsce było głośno. Musieliśmy zawrócić. Ostatecznie wszystko tak się jakoś poukładało, że w drodze powrotnej zwiedziliśmy miejsca, na które zabrakło nam czasu wcześniej, więc nie było tak naprawdę czego żałować. "Another time", powiedział Drifter.



poniedziałek, 19 marca 2012

To, co nieznane

Australia. Do połowy XVI wieku dryfowała sobie spokojnie między oceanami i nic nie zakłócało spokoju jej rdzennym mieszkańcom. W świadomości Europejczyków jednak, już od setek lat, dominowało głębokie przekonanie o istnieniu tajemniczego, wciąż nieodkrytego południowego kontynentu, który równoważyłby (w logiczny wszak sposób) masę kontynentów północy. Ptolemeusz określił go nazwą Terra Australis Incognita: Nieznany Południowy Ląd. Mącił umysły i pobudzał wyobraźnię. O jej brzeg pierwsi zahaczyli Portugalczycy, podbojem nie byli jednak zainteresowani - ziemia wydawała się jałowa, a miejsce bezludne i dzikie. Po nich przybyli Holendrzy. Ci pozostawili po sobie nazwę: Nowa Holandia i... popłynęli dalej. Zainteresowanie niezbadanym jak dotąd kontynentem ożyło pod koniec XVII wieku, kiedy to brytyjski odkrywca, kapitan James Cook, ostatecznie określił jego kształt i zajął jego terytorium dla Korony Brytyjskiej. Wkrótce inny angielski podróżnik, Matthew Flinders, zaproponował nową nazwę: Australia. I tak już zostało do dzisiaj. Holenderska Ziemia van Diemena stała się Tasmanią, a wkrótce okazało się też, że jest to wyspa, a nie cypel połączony organicznie lądem z Piątym Kontynentem. Ten z kolei przerodził się, choć stopniowo i niełatwo, w krainą mlekiem i miodem płynącą. Znaleziono złoto, diamenty, srebro, szafiry, opale, węgiel i inne cenne minerały. Z karnej kolonii kraj w przeciągu niecałych 300 lat miał się przekształcić w opiewaną do dziś w hymnie narodowym "land of plenty", krainę dobrobytu. Fakt, że Australia znajduje się w najdalej chyba od Europy oddalonym zakątku Ziemi wciąż inspiruje. I choć kulturowo jest nam do niej blisko, kraj ten wciąż czasem jawi się nam jako pół-dzika kraina na drugiej półkuli, Antypody, gdzie wszystko dzieje się na opak, gdzie nawet woda wiruje w przeciwnym kierunku... Dużo w tym zresztą uzasadnionej racji. Dziennik ten to zbiór moich prywatnych obserwacji na powyższy temat, zlepek osobistych przeżyć i doświadczeń. Przede wszystkim jednakjest to zapis podróży, którą odbyliśmy na przełomie 2010 i 2011 roku, przemierzając campervanem blisko 11 000 km australijskich dróg, dziczy i głuszy. Podróży, która sprawiła, że pewne rzeczy już nigdy nie będą takie, jakie były wcześniej...