Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Downunder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Downunder. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 maja 2012

Melbourne, Sylwester w lecie i ostatnie podrygi z cywilizacją

Po nocy spędzonej na stacji benzynowej musieliśmy bardzo przyspieszyć, żeby jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Melbourne. Zostało do przejechania około 500 km, jechaliśmy praktycznie cały dzień, żeby zdążyć na czas. Było gorąco i uciążliwie, bez zbędnych przystanków po drodze, ale jakoś się udało. Poniżej trasa, jaką udało nam się pokonać do tej pory.



Sam wjazd do miasta robi wrażenie. Melbourne jest położone nad brzegiem oceanu, posiada sporych rozmiarów port (choć nie tak imponujący jak słynny Sydney Harbour, który wg mnie nie ma sobie równych), różne części miasta są połączone ze sobą ogromnymi mostami, panorama zapiera dech w piersiach.

Na jakiekolwiek zwiedzanie miasta tym razem nie było czasu, ponieważ jeszcze tego samego dnia mieliśmy odebrać znajomych na lotnisku i dojechać na Philip's Island, położoną kolejne 140 km na południe od Melbourne. Na lotnisku, jak na złość samochód odmówił posłuszeństwa i przez ponad godzinę, z nieznanych nam przyczyn, nie chciał zapalić. Ale w końcu ruszyliśmy, już we czwórkę. Humory dopisywały, jechaliśmy bowiem na trzydniowy Pyramid Festival. Miał on miejsce tuż przy słynnym motocyklowym torze wyścigowym Gran Prix. Dojechaliśmy już po zapadnięciu zmroku, musieliśmy przejść wnikliwą kontrolę przy wjeździe. Pomimo tego, że przyjechaliśmy na dzień przed rozpoczęciem festiwalu, pole namiotowe było już prawie pełne. Rozbiliśmy obozowisko wokół campervana, zjedliśmy bardzo późną kolację i zaczęła się trzydniowa impreza. O samym festiwalu pisać nie będę, bo chciałabym się skupić na samej podróży jako takiej, powiem tylko tyle, że doświadczenie było oczywiście niesamowite, ale tylko dla ludzi o stalowych nerwach. Myślę, że nasz Opener wygląda podobnie, jednak na tym upale, w namiotach, z zatkanymi toi toi-ami bywało czasem ekstremalnie. Pomimo wszystko organizacja była dobra a sama Noc Sylwestrowa w rytmie najnowszego albumu N.E.R.D niezapomniana. N.E.R.D. jednak wszyscy znają, dlatego ja pozwolę sobie polecić inny, nieznany (jak sądzę) w Polsce zespół z Antypodów, Lowrider, których muzyka łagodnie kołysała popołudniu w soulowym rytmie. Poniżej mój absolutnie ulubiony kawałek.













Wybawieni, wymęczeni, wymiętoleni i niewyspani w Nowy Rok pożegnaliśmy się ze znajomymi, którzy wrócili samolotem do Sydney, a my ruszyliśmy z powrotem do Melbourne. Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to z jednej strony wciąż byłam pozytywie rozkołysana posylwestrowo, z drugiej jednak strony przechodziłam istne męki jeśli chodzi o brak możliwości wykąpania się przez dwa dni, bo w ostatni dzień przed koncertem finałowym popsuły się prysznice i każdy musiał sobie radzić tak, jak tylko umiał. Upał i zmęczenie zrobiły swoje. Czułam się fatalnie, wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że za kilka tygodni przyjdzie mi spędzić całe pięć dni bez możliwości skorzystania z prysznica. Dlatego z wytęsknieniem oczekiwałam na przyjazd do miasta, mieliśmy się mianowicie zatrzymać u kumpla Driftera, Jasona, z którym wcześniej pracował, a który dopiero co przeniósł się do Melbourne, ze względu na nowy projekt. Jasona poznałam jeszcze w Sydney, na imprezie pożegnalnej przed przeprowadzką. W Melbourne zamieszkał ze swoją dziewczyną, oboje przyjęli nas bardzo ciepło i, trzeba podkreślić, z dużą wyrozumiałością, łatwo sobie wyobrazić nasz stan, w jakim wtoczyliśmy się do ich nieskazitelnego, nowiutkiego mieszkania. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo na myśl o kąpieli i o nocy spędzonej w normalnym łóżku. Po prysznicu czułam się jak nowo narodzona. Zjedliśmy przepyszne wołowe burgery własnoręcznie przyrządzone przez Jasona, powspominaliśmy trochę Europę (Jason jest Anglikiem) i błogo poszliśmy spać.

Kolejny dzień upłynął za zwiedzaniu Melbourne. Szkoda, że byliśmy tam tylko jeden dzień. I tak udało nam się sporo zobaczyć, pogoda zresztą była idealna, ale jest to zdecydowanie miasto, które zasługuje na głębsze poznanie. Zwiedzanie warto zacząć od Federation Square, centralnego placu miasta. Fakt, że takowy plac w ogóle istnieje jest godny odnotowania, australijskie miasta bowiem, w przeciwieństwie do większości europejskich miast i miasteczek, nie posiadają zazwyczaj tzw. rynku. Przyznam szczerze, że mi, Krakowiance, było wyjątkowo trudno zaakceptować taki stan rzeczy. Rynek jest czymś naturalnym, gdzie skupia się całe życie miasta, gdzie dzieje się wszystko o czym warto wiedzieć. W Sydney bardzo brakowało mi rynku, choć port pełni tam podobne funkcje. Melbourne swój "rynek" ma (choć to nie do końca to samo), a co lepsze, znajduje się tam najlepszy punkt informacji turystycznej jaki kiedykolwiek w życiu widziałam! Uprzejmi pracownicy, niezliczona ilość darmowych broszur i folderów oraz możliwość zapytania o absolutnie wszystko, co dotyczy  nie tylko Melbourne jako takiego, ale całego stanu Victoria sprawia, że miejsce to nie ma sobie równych. Chylę czoła przed władzami miasta za doskonała organizację, wytyczenie niebanalnych tras turystycznych i umiejętne zaplanowanie sposobów spędzania wolnego czasu na wszelkie możliwe sposoby. Dzięki temu w Melbourne i okolicach nie można się po prostu nudzić. Przykład godny naśladowania.



Federation Square to nie jedyny powód, dla którego Melbourne niejednokrotnie nazywane jest "najbardziej europejskim z australijskich miast". Chodzi o całą jego atmosferę. Wąskie uliczki w najstarszej części miasta mają w sobie coś z Amsterdamu, Londynu, Paryża... pełne knajp, graffiti, artystów, studentów, hipsterów, outsiderów, dziwaków wszelkiej maści... To największe skupisko australijskiej Polonii (ponad 16 000 osób) i, równocześnie, miasto o największej liczbie zagranicznych studentów, zaraz po Londynie i Nowym Jorku. Melbourne posiada także tramwaje, najsłynniejszą zarówno przez mieszkańców miasta, jak i przyjezdnych. Wybraliśmy się jednym z nich na najsłynniejszą w okolicy plażę, St. Kilda. Osobiście  uważam, że nie dorównuje ona urokiem niepowtarzalnej serii plaż rozciągających się wzdłuż wybrzeża Sydney, z najsłynniejszą w całej Australii Bondi Beach na czele, niemniej jednak atmosfera tam panująca, jak i błogi klimat w przytulnym i znanym na całe miasto muzycznym pubie Esplanade Hotel (przez insidersów czule zwany Espy) nie ma sobie równych. Szczególnie, gdy na scenie występuje energetyzujący zespół z Brazylii, a za oknem można obserwować przepiękny zachód słońca sącząc lodowate, złociste piwo przy barze. Na koniec dnia wybraliśmy się na film wyświetlany na świeżym powietrzu, w ramach movies by the moonlight w Ogrodzie Botanicznym. Film akurat był denny, nieważne jaki. Ważne, że tamtej nocy czułam się prawdziwą szczęściarą, że po prostu mogę tam być, w tę jedną, niepowtarzalną, ciepłą, styczniową (!) noc, pod tym rozgwieżdżonym niebem, na tej wilgotnej trawie pełnej robali i komarów. To są chyba te bezcenne chwilę, na których samą myśl się uśmiechamy na starość...

Melbourne już dwukrotnie zostało wybrane przez magazyn The Economist "najlepszym miastem do życia na świecie". I wcale mnie to nie dziwi.







piątek, 27 kwietnia 2012

Heading South: niespodziewana noc na stacji benzynowej i prysznic pod chmurką

Pierwszy poranek  na drodze przywitał nas słonecznie. Jak już wcześniej wspomniałam, kawa też zrobiła swoje, dzień zaczęliśmy więc pełni dobrej energii. Kontynuowaliśmy trasę przemieszczając się Princess Highway na południe. Dookoła rozciągały się lasy i łąki, było mnóstwo zieleni i małych jezior, ponoć tamte tereny to raj dla wędkarzy (o czym nie zapomniał mnie poinformować Drifter), od czasu do czasu droga zbliżała się do oceanu, potem znów wcinała się w głąb lądu, drzewami. Po drodze mijaliśmy miejsca o egzotycznie brzmiących nazwach: Bimbimbie, Bumbo Lake, Tilba Tilba.

Tutaj miejsce na małą dygresję: skręcając na zachód z Princess Highway natrafimy na dwie malutkie miejscowości, Central Tilba i Tilba Tilba. W szczególności ta druga przykuła moją uwagę, jest to mianowicie stare, w większości zachowane oryginalnie australijskie miasteczko jeszcze z czasów pierwszych kolonizatorów. Miasteczko to może za dużo powiedziane, bo tak naprawdę to jest to szeregowa zabudowa drewnianych, jednopiętrowych domów wzdłuż jednej, niezbyt ruchliwej ulicy. Z jakiś jednak powodów, Tilba Tilba jest bardzo często odwiedzana przez turystów, prawdopodobnie ze względu na to, że przynależy to tzw. heritage sites, ważnych lub po prostu dobrze zachowanych miejsc związanych z przeszłością Australii. Musiało minąć trochę czasu, zanim nauczyłam się doceniać takie miejsca, my Europejczycy (i Eurocentrycy) przykładamy do wszystkiego swoją miarkę i jak coś ma "tylko" 200 lat, to dla nas nie ma mowy o zabytku, myślimy, że nawet nie warto się fatygować. Tilba Tilba to jednak urocze miejsce z najlepszymi chyba na świecie pumpkin pies, sprzedawanymi na gorąco w jednej (jedynej?) z tradycyjnych piekarni. Sprzedają tam też ręcznie wyrabianą krówkę (fudge, nie można to jakoś inaczej nazwać po polsku?), a prowadzenie maleńkiego sklepu o wyglądzie jak z początku XX wieku to wspólny, rodzinny biznes.




Jadąc przez tamte tereny nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że robi się coraz puściej i puściej. Dookoła nas było więcej krów i baranów niż ludzi. Były też pierwsze znaki drogowe ostrzegające przed wombatami, ale nie udało nam się zobaczyć wtedy ani jednego (nie licząc jednego, ogromnego zdechłego wombata, który leżał przy drodze, smutny widok). Jeśli miałabym do czegoś porównać tamtejsze krajobrazy to wskazałabym na Hobbiton z Władcy Pierścieni. Film był zresztą kręcony w Nowej Zelandii, a jeśli chodzi o pejzaże, to myślę, że kraje te mają wiele wspólnego. Było przede wszystkim zielono. Powietrze było czyste, rześkie. Jednopasmówka, którą jechaliśmy wiła się w górę i w dół po okolicznych pagórkach. Cała ta atmosfera przypominała sielankę. Nic dziwnego zresztą, bo jak się potem dowiedziałam, przejeżdżaliśmy właśnie przez tereny rezerwatu przyrody Goura i parku narodowego Wallanga Lakes. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze jedną z najsłynniejszych w Australii fabrykę serów w miejscowości Bega i najedliśmy się do syta na darmowej degustacji, wracając do kolejki raz po raz, dopóki nasze twarze nie stały się już żenująco rozpoznawalne dla pracowników. Pojechaliśmy więc dalej, przez miasteczko o malowniczo brzmiącej nazwie Eden, po czym postanowiliśmy zboczyć jakieś 20 km na wschód, do miejscowości położonej nad brzegiem morza o nazwie Malacoota. Powodem, dla którego pozwoliliśmy sobie na odbicie od głównej drogi było głównie to, że Drifter bardzo chciał się wykąpać w morzu. Ja chciałam się wykąpać w ogóle, bo poprzedniej nocy na campingu gdzie spaliśmy nie było takiej możliwości. Szukaliśmy więc miejsca, gdzie byłaby szansa na prysznic lub przynajmniej orzeźwiającą kąpiel w morzu. Woda była lodowata, był już dość późny wieczór. Na szczęście potem udało nam się zaparkować przy ogromnym polu namiotowym, gdzie były wszystkie udogodnienia, zdecydowałam się więc zakraść się nielegalnie ja jego teren i wziąć ciepły prysznic. Bosko! Drifter w tym czasie przygotowywał kolację, dojedliśmy wszystkie resztki ze Świąt Bożego Narodzenia podsmażając je na polowym BBQ i ruszyliśmy dalej.





Zaczęło się robić późno, a nam kończyła się benzyna. Okazało się, że niestety był pewien problem z samochodem. I to dość poważny. Za wcześnie ucieszyliśmy się z opcji duel-fuel. Sprzedawca camepervana nie raczył nas bowiem poinformować o tym, że montaż baku na gaz odbył się kosztem baku na paliwo, w związku z czym samochód był w stanie zatankować maksymalnie benzyny na... 200-220 km! Do tego dochodził tańszy gaz, ale na nim byliśmy w stanie wyciągnąć nie więcej niż 70-90 km. Byliśmy załamani. Przed nami 2 miesiące na drodze, a co niecałe 300 km trzeba zatrzymać się na stacji benzynowej. Wkrótce stacje benzynowe miały się stać naszym drugim domem, gdzie jadaliśmy, zaopatrywaliśmy się w niezbędne produkty, szukaliśmy towarzystwa, dbaliśmy o higienę osobistą, gdzie wskazywano nam drogę, zabawiano rozmową, dawano rady i wskazówki. Postanowiliśmy podejść z dystansem do całej sytuacji i, aby uchwycić jej ironiczny wydźwięk zaczęliśmy robić zdjęcia mojemu pluszowemu Wombatowi (ma na imię Bruce) z pracownikami wszystkich stacji, gdzie przyszło nam się zatrzymać. Był z tego niezły ubaw, a sami pracownicy byli zachwyceni pomysłem i niejednokrotnie w kreatywny sposób improwizowali przed kamerą :)




W planach mieliśmy dojechać aż do Lakes Entrance, czyli miejscowości, z której byłoby już ciut bliżej do Melbourne, gdzie mieliśmy przyjechać na następny dzień. Niestety, zaufaliśmy za bardzo GPS-owi, który wskazał nam stację benzynową w małej miejscowości Orbost jako działającą. Okazało się, że stacja nie była otwarta 24/7. W związku z powyższym, przyszło nam spędzić noc na stacji benzynowej. Bez toalety i bieżącej wody. Dopóki był naładowany akumulator działał mały kranik w samochodzie, elektryczna lampka i radio. Jak już padł akumulator to zostały nam tylko świeczki i gitara. Chcąc nie chcąc, wyszła nam z tego bardzo przyjemna i całkiem romantyczna atmosfera. No może z wyjątkiem cystern z benzyna i butli z gazem za oknem... Zamiast romantycznej kolacji zjedliśmy jednak jakieś resztki z lodówki, a póki jeszcze radio grało zapodaliśmy Finka, który towarzyszył nam od zawsze, a tamtej nocy został odkryty na nowo. Zabawne, jak bardzo udało nam się zaczarować tę noc. Na początku byliśmy wściekli, że coś nie poszło zgodnie z planem, ale potem obróciliśmy to w żart i zaczęliśmy doceniać swoje własne towarzystwo. Okazało się, że przy totalnym braku środków i potencjalnych zapychaczy czasu, takich jak komórki i laptopy, bawiliśmy się doskonale. Było granie na gitarze i rozmowy późną nocą. najzabawniejszy był jednak poranek. Stacja się zaludniła, było dużo ruchu i zamieszania. Bardzo, ale tak naprawdę BARDZO chciałam się móc jakkolwiek umyć. Postanowiliśmy  więc wypróbować jeden z naszych ciekawych zakupów na potrzeby podróży, mianowicie  przenośny prysznic solarny :) jest to gumowa torebka, która może pomieścić 5 litrów wody  i która posiada coś w rodzaju głowicy prysznica, z której leje się woda. Zawiesiliśmy ten cudowny sprzęt na pobliskim, wysokim drzewie i w kostiumach kąpielowych braliśmy prysznic. Obok jakaś rodzina zatrzymała się na piknik-śniadanie... Wydaje mi się, że tamtego dnia staliśmy się główną atrakcją okolicy... Od tamtej pory postanowiliśmy wozić ze sobą kanister benzyny w zapasie. Tak na wszelki wypadek. I ruszyliśmy na południe, do Melbourne.





poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kij do krykieta, ekspres do kawy i Buka za oknem...

...czyli jak wybrać, to, co naprawdę w podróży potrzebne i nie zwariować. Pierwszy dzień drogi: przyjazd do Batemans Bay i nasz pierwszy camping.


Przezorny zawsze ubezpieczony. Dlatego też nasze długie przygotowania do dwumiesięcznej wyprawy nie ograniczyły się do załatwienia odpowiedniego środka transportu, ale dotyczyły również jego szczegółowego wyposażenia. Było kilka wizyt w sklepach ze sprzętem turystycznym, nie obeszło się też bez pomocy ze strony rodziny: wszak wiadomo, że babcia to ostoja niepotrzebnych nikomu przydasiów, które po 50 latach okazują się nagle niezastąpione w pewnych okolicznościach. Dostaliśmy więc prześcieradła, śpiwory, garnki, ściereczki i sprzęt kuchenny, karimatę, świeczki, noże, wełniany koc, detergenty, wąż ogrodowy, latarki, baterie, stare mapy i atlasy samochodowe. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Przy okazji w garażu znalazło się dużo innych ciekawych rzeczy, takich jak zakurzona, walająca się po podłodze praca magisterska Driftera. O budownictwie socjalnym, Le Corbusierze i planowaniu przestrzennym... Cóż, ja też traktowałam swoją jako przykrą konieczność, ale jednak na podłodze w piwnicy jeszcze nie wylądowała, widocznie to przychodzi z wiekiem. Znaleźliśmy też stary, drewniany kij do krykieta, którego Drifter używał jeszcze w szkole. Oczywiście ten osobliwy przedmiot trafił na szczyt naszej listy "koniecznych podczas campingu" rzeczy. Jakoś w końcu trzeba zabić nudę, a nie ma telewizji, Internetu i zasięgu telefonicznego (nareszcie!). Wzięliśmy więc freesby, vortex (taka śmieszna piankowa strzałka do rzucania), rakiety tenisowe, rakietki Dunlop, badminton, szachy, wędki, krzyżówki, masę książek, a nawet deskę surfingową (!). Muszę przyznać, że wszystkie te rzeczy okazały się przydatne podczas drogi, ale nie mieliśmy tak naprawdę czasu, żeby długo się nimi cieszyć. I co najlepsze, nawet bez nich nigdy nam się nie nudziło.  Trochę to grzebanie w garażu babci trwało trwało, ale dzięki temu udało się zaoszczędzić sporo pieniędzy. Dorzuciliśmy do samochodu jeszcze kilka praktycznych prezentów, które dostaliśmy w Boxing Day, tuż przed wyjazdem. W tym miejscu chcielibyśmy BARDZO podziękować św. Mikołajowi za GPS, bo gdyby nie on, to może i nie byłoby nas tu dzisiaj, a przed wyjazdem bardzo hojraczyliśmy, że na pewno damy radę bez takich zbędnych "gadżetów". Apeluję: jadąc w australijską dzicz weźcie ze sobą GPS. I nie dlatego, że łatwo się gdzieś tam na pustyni zgubić, bo jeśli jedziecie drogą asfaltową, to w zasadzie macie tylko jedną do wyboru trasę z południa na północ w zasięgu kilku tysięcy kilometrów, a na ekranie widnieje napis "turn left, 400 km". GPS przydaje się przede wszystkim w poszukiwaniu paliwa, bo wskazuje wszystkie pobliskie stacje benzynowe, a paliwo jest w tym przypadku kwestią witalną. Niemniej jednak, nawet z GPS-em można wpakować się w niezłe tarapaty, jeśli chodzi o benzynę, ale o tym za w kolejnym poście. Wydawało nam się także, że spakowaliśmy naprawdę wszystko, czego będziemy w drodze potrzebować, ale człowiek uczy się na błędach, wkrótce okazało się bowiem, że o kilku rzeczach nie pomyśleliśmy, a ich brak dał się nam wyraźnie odczuć. 27 grudnia czuliśmy jednak, że jesteśmy gotowi do podróży. Samochód spakowany, radio naprawione, paliwo zatankowane. Ruszyliśmy więc w drogę. Pamiętam, że na początek poszła płyta Kanye West i choć nigdy za nim specjalnie nie przepadałam, od tamtej pory jestem uzależniona od kilku utworów, bo kojarzą mi się bardzo pozytywnie z poszczególnymi etapami podróży.





Kropił deszcz i wiał mocny wiatr, ale my byliśmy tego dnia w doskonałym humorze. Odkręciliśmy szyby. W pewnym momencie powstał w samochodzie taki przeciąg, że zwiało mi z głowy słomkowy kapelusz, który specjalnie upolowałam na wyprzedażach tuż przed wyjazdem, wiecie, taki w stylu Krokodyla Dundee. No i kapelusz wyleciał przez okno. Trzeba było zawrócić (a jak!), jakiś dobrych kilkaset metrów, ale w końcu udało nam się go znaleźć gdzieś na poboczu. Dobry znak na szczęście :) Mieliśmy trzy dni i dwie noce na dojazd do Melbourne, które znajduje się ponad 1000 km na południe od Sydney. Mieliśmy się tam stawić 29 grudnia, aby odebrać dwójkę znajomych z lotniska i wspólnie pojechać na trzydniowy Pyramid Festival na Philip's Island, na południe od Melbourne. W Sylwestra mieli grać N.E.R.D., a my mieliśmy biwakować wraz z hipisami, rockmanami i innymi ciekawymi osobnikami przez całe 3 dni, na wydeptanej trawie, korzystając z Toi Toia. Tak więc, jak możecie się domyśleć, musieliśmy się spieszyć, bo było do czego, a mieliśmy do pokonania średnio 300 kilometrów dziennie. W pierwszy dzień "we took it easy" i dojechaliśmy "tylko" do Batemans Bay, 280 km na południe od Sydney. Nasza "Biblia Campera", czyli atlas z zaznaczonymi miejscami kempingowymi w całej Australii z pełnym opisem wszelkich udogodnień, pokierowała nas na małą polanę, tuż za miastem, gdzie można było zatrzymać się na noc za darmo samochodem lub nawet rozbić namiot. Takie darmowe pola biwakowe są oczywiście skromne i prowizoryczne, ale równocześnie często są bardzo malowniczo położone i mają to, co do szczęścia potrzeba, czyli dostęp do wody (nie zawsze pitnej), kontener na śmieci i jakąś drewnianą budkę, gdzie jest toaleta (bez elektryczności, ale uwaga, za to zawsze z papierem toaletowym i bieżącą wodą, choć czasem jest to deszczówka). Nie muszę chyba nawet mówić jak bardzo pomagają zaoszczędzić pieniądze podczas podróży. Przyjechaliśmy już po zmroku, dlatego nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak wyglądało to miejsce. Poszliśmy spać bez kolacji, po szybkim myciu zębów przy świetle latarki. Pierwsza noc w campervanie, był stres, muszę przyznać. Po pierwsze jak sobie logistycznie ze wszystkim poradzić, jak rozłożyć pufy, żeby powstało z nich wygodne miejsce do spania, jak zadbać o higienę osobistą, w końcu, jak zwalczyć własny strach, nocując na polanie, przy dość uczęszczanej drodze. Chyba najtrudniej było mi tak po prostu zasnąć przy oknie, które było jedyną barierą, która dzieliła mnie od Reszty. Przestrzeni, Ciszy, Ciemności. Drifter po dżentelmeńsku zajął miejsce przy suwanych drzwiach, u mnie budziło to szczerą panikę.  Wyobrażałam sobie na przykład jak rano otwieramy drzwi a tam stoi kangur i patrzy się na nas. Albo co gorsza, wyobrażałam sobie, że w nocy chcę wyjrzeć przez okno, a tam stoi jakiś świr i patrzy się na mnie w milczeniu błyszczącymi i obłąkanymi oczami. Wiecie, trochę tak jak Buka z Muminków. Najwyższe stadium strachu, jak dla mnie. Dlatego też stałam się fanatykiem zasłaniania okien na noc. Na szczęście mieliśmy zasłony dookoła całego samochodu. Nigdy nie chciałam ich odsuwać, jak na zewnątrz było ciemno. Najczęściej siedzieliśmy przy zwykłej świeczce, myśl o tym co może być za oknem często nie dawała mi spokoju.

Ostatecznie pierwsza noc upłynęła spokojnie, myślę, że nawet ja byłam zbyt wszystkim przejęta i chyba też tak zwyczajnie, po ludzku zmęczona, żeby tym razem wyobrażać sobie Bukę za moim oknem, dlatego też zasnęłam jak niemowlę. Poranek był cudny! Dziki camping okazał się dużo bardziej malowniczy, niż na to wskazywało. Biwakowaliśmy wśród wysokich, ale rzadko rosnących drzew, była przestrzeń, było słońce, byli ludzie dookoła, sporo prywatnych samochodów, ale zdarzyło się też kilka dużych przyczep kempingowych. Na nasze szczęście nie zapomnieliśmy o nieodzownym zestawie śniadaniowym: zapałki,  plastikowe miseczki na płatki i musli, ceramiczne kubki, włoski ekspres do kawy i metalowy garnuszek do podgrzania mleka. Świeci słońce. Ptaki śpiewają. Kawa nastawiona. Nigdzie nam się nie spieszy. Pachnie leśnym poszyciem i trochę eukaliptusami, a trochę naszą świeżo parzoną kawą. I przede wszystkim jest nowy dzień. I świeci słońce :)



poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Wszystkie odcienie błękitu

Po tym, co wydarzyło się w Górach Błękitnych najwyraźniej test odwagi i wytrzymałości miałam już za sobą. Przed rzuceniem się jednak na prawdziwie głębokie wody, postanowiliśmy udać na jeszcze jeden kilkudniowy wyjazd, tym razem pod namioty. Z jednej strony był to po prostu alternatywny sposób na spędzenie weekendu, z drugiej jednak strony myślę, że był to też trochę test na to, jak razem funkcjonujemy w polowych warunkach. Muszę przyznać, że ja sama nie wiedziałam do końca czego się po sobie spodziewać. Owszem, wiedziałam co lubię, a czego nie, na ile mogę wytrzymać pewne ekstremalne sytuacje, bez jakich przedmiotów mogę się obejść, a które uważam za nieodzowne, ale z drugiej strony nie miałam najmniejszego pojęcia o tym, czego mogę oczekiwać po australijskim bezludziu, na którym niedługo przyszło nam spędzić kilka dobrych tygodni. Lepiej było dowiedzieć się tego na pewno, krok po kroku stopniując doznania.


Drifter chciał pokazać mi Booderee National Park, jakieś 2 godziny drogi na południe od Sydney. Zdecydowaliśmy się na pole namiotowe przy plaży zwanej Cave Beach. Zostałam uprzedzona o warunkach: camping był całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek dostępu do elektryczności. Jak nietrudno się domyślić, oznacza to w praktyce, że np. w prowizorycznie zbudowanym z cegłówki bloku, gdzie znajdowały się toalety nie było światła. Nocne wyprawy tylko z latarką. Bieżąca woda tylko zimna. Ze względu na poszanowanie otaczającej ten teren dzikiej przyrody, parking dla samochodów znajdował się 300 metrów od miejsca, gdzie spaliśmy. Brzmi całkiem lekkostrawnie. Mi też wtedy wydawało się, że to pestka, ale po przejściu tego odcinka jakieś 5 razy w te i z powrotem, w środku nocy, po ciemku i czasem pod górkę, obładowana całym sprzętem biwakowym, zmieniłam zdanie. Od tamtej pory, te traumatyczne 300 metrów stało się moim prototypowym odcinkiem, którym szacując wszelkie inne odległości.

Na miejsce dojechaliśmy po 22:00. Plan był taki, żeby być tam dużo wcześniej i rozbić namiot póki jeszcze będzie jasno, ale po drodze przydarzyła nam się dość interesująca przygoda. Pomyliliśmy drogę i Drifter skręcił w przeciwnym kierunku, ale nic nie wskazywało na to, że jedziemy nie tam, gdzie trzeba. Było jeszcze jasno, jechaliśmy jedną z dróg na terenie paru narodowego, wśród piachu i dość niskich krzewów i nagle moim oczom ukazał się... pierwszy, prawdziwy, żyjący na wolności kangur! W dodatku młody! Wysiadłam z samochodu, żeby się napatrzeć. Niesamowite, nierealne uczucie. Stał blisko, wcale się mnie nie bał. Drifter ostrzegł mnie, że to jednak dzikie zwierzęta i wcale nie są tak łagodne i spokojne, na jakie wyglądają. Pojechaliśmy dalej. Zaczął zapadać zmrok, a my wjechaliśmy w las, podążając wciąż tą samą, jedyną zresztą drogą. Dookoła było naprawdę pusto i w momencie, gdy zaczęło się ściemniać, ja zaczęłam tracić odwagę. I właśnie wtedy, w lesie zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Na horyzoncie ukazał się kolejny kangur. Tym razem całkiem sporych rozmiarów. Za nim następny, i następny... niektóre biegły skacząc wzdłuż drogi, majestatycznie, rytmicznie, czasami przemieszczając się szybciej od naszego samochodu, który grzązł w piachu polnej drogi. Inne wyskakiwały nam nagle na drogę. Czasem zza zakrętu wyłaniała się ciemna sylwetka dorosłego kangura patrzącego się spokojnie na auto... Zamknęłam okno. Dziwna była ta bliskość. Zaczęło się robić niebezpiecznie: kangury powodują ogromną ilość wypadków samochodowych, lubią wyskakiwać na drogę znienacka, a zderzenie się samochodu z kangurem nierzadko kończy się tragicznie. Są najaktywniejsze właśnie o zmroku. Zorientowaliśmy się, że jedziemy w złym kierunku dopiero po jakiś 30 minutach wolnej i ostrożnej jazdy. Dojazd do celu zajął nam ponad godzinę. Tamtej nocy widzieliśmy ponad 20 dzikich kangurów.

Na parkingu panowała czarna, głucha noc. Z pomocą latarek udało nam się wydobyć z bagażnika tylko podstawowy sprzęt, którego potrzebowaliśmy do rozbicia namiotu, żeby jako tako spędzić tę pierwszą noc. Do tego byliśmy przeraźliwie głodni. Drifter był naprawdę dzielny siłując się z namiotem w środku nocy. Długo zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca, dookoła biwakowało już całkiem sporo osób. W końcu znaleźliśmy świetne miejsce, na płaskim terenie, pod drzewem. Zdziwiliśmy się dlaczego nikt do tej pory jeszcze się nim nie zainteresował. Wkrótce miało się okazać dlaczego... Bo długich bojach z rozkładaniem namiotu, pompowaniem materacy, rozkładaniem latarni gazowej zasiedliśmy w końcu do jakiegoś jedzenia i wypiliśmy po piwie, na które uważam, oboje naprawdę zasłużyliśmy. I wtedy za plecami usłyszałam i poczułam, że coś jakby spadło z drzewa. Coś dużego i ciężkiego i, co gorsza, poruszającego się. Wydałam z siebie jęk i sparaliżowana ze strachu, siedziałam, bo bałam się nawet obrócić i zobaczyć co to. Drifter zaczął się śmiać i powiedział "it's only a possum". Possum. No właśnie. Polskie tłumaczenie to chyba opos, choć nie do końca jestem przekonana, czy to to samo. Zwierzę przypominające swoim wyglądem lemura, z długim, futrzanym ogonem, szybkie i zwinne, wspinające się po drzewach dzięki swoim bardzo ostrym pazurom. Possumy to nocne zwierzęta, które uwielbiają wykradać jedzenie biwakującym. Odważyłam się spojrzeć mu w oczy, stał tuż obok mnie i miał chyba najwyraźniej ochotę złapać resztki jedzenia sprzed mojego nosa. Gapił się na mnie bezczelnie, a najgorsze było to, że w ogóle się mnie nie bał. Trzeba było konkretnie tupnąć o ziemię i pomachać obiema rękami, żeby w końcu uciekł. Po tym incydencie kompletnie nie mogłam się skupić. Cały czas towarzyszyła mi myśl, że w którymś momencie, zupełnie niespodziewanie possum wyląduje mi po prostu na głowie a ja wtedy umrę na zawał serca. Poza tym possumy nigdy nie dały nam spokojnie spać. Coś w nocy zawsze się ruszało, gryzło, szeleściło, łamało gałęzie. Moja wyobraźnia naprawdę podsuwała mi coraz to ciekawsze wizje. No ale usiedliśmy z powrotem. Potem Drifter namówił mnie nawet, żeby położyć się na śpiworach na trawie i popatrzeć w gwiazdy. Sporo mnie to kosztowało, bo nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że na tej ciemnej, mokrej od rosy trawie wszystko się rusza, wszystko żyje i zaraz mnie pochłonie. Jedynym źródłem światła była nasza lampka na gaz. Dookoła ciemno. To był pierwszy raz w życiu, kiedy widziałam taką ciemność. Gęstą, nieprzeniknioną, bez końca. Księżyc tej nocy świecił słabo. Niebo było jednak całkowicie rozgwieżdżone. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie widziałam tylu gwiazd. Jakbyśmy byli na w innej przestrzeni kosmicznej. Nic nie zakłócało ich spokojnego migotania, na horyzoncie nie było żadnych sztucznych świateł. Wtedy uświadomiłam sobie jak trudno jest o takie doświadczenie żyjąc blisko miasta, z jego nieustającym jazgotem, ze sztucznymi światłami, neonami, bilboardami... Byliśmy tak zmęczeni, że tej nocy zasnęliśmy bez problemu i żadne possumy nie były w stanie zakłócić naszego głębokiego snu. A rano czekała mnie najwspanialsza chyba niespodzianka. Kilka metrów od naszego namiotu, tuż przy kranie z zimną wodą stał sobie najprawdziwszy kangur, strzygł figlarnie uszami. Dwa młode pasły się na trawie tuż obok. W takim otoczeniu spędziliśmy kolejne trzy noce. Do snu układały nas possumy, chowanie przed nimi jedzenia i pilnowanie, żeby nie przewróciły puszek z piwem stało się naszą główną wieczorną rozrywką. Budziły nas zawsze o 8:00 rano, jak w zegarku, swoim dziwnym śmiechem australijskie kukabary (kookaboora, śliczny, choć wyglądający na dość nieporadnego, ptak z rodziny zimorodków, zamiast śpiewać, wydaje z siebie bardzo intrygujący dźwięk podobny do śmiechu dziecka), przy śniadaniu towarzyszyły kangury. A brak ciepłej wody i elektryczności oraz wszelkie inne niewygody wynagrodziło niezawodne australijskie słońce i, jak się wkrótce miało okazać, luksus przebywania na całkowicie pustej, długiej na 5 kilometrów, piaszczystej plaży, którą odkryliśmy następnego dnia. Zresztą po co komu ciepła woda, skoro można wziąć kąpiel w krystalicznie czystej, słonej wodzie na prywatnej plaży...


 


niedziela, 25 marca 2012

Australia Day

26 stycznia Australia obchodzi swoje narodowe święto. To rocznica, gdy kapitan Arthur Philip (późniejszy Gubernator Australii) założył pierwszą stałą osadę, kolonię karną przy Port Jackson, dzisiejsze Sydney. Gdy parę lat wcześniej kapitan Cook przybył do brzegów Nowej Południowej Walii i postawił swoją stopę w Zatoce Botanicznej, był to początek nowożytnej historii białej Australii. Początek dla jednych, tragiczny koniec dla pozostałych. Stało się, jak stało, ale to właśnie ten rozdział historii upamiętnia się dziś najbardziej. I tu znów zaskoczenie dla tych, którzy spodziewali się wzniosłych słów, parad wojskowych czy czegoś w tym rodzaju. Australia Day to po prostu doskonała okazja do tego, aby mieć dzień wolny od pracy, pójść na plażę i zorganizować całodzienną imprezę dla przyjaciół i sąsiadów, zazwyczaj we własnym ogródku pod domem. Przy dobrej pogodzie (a są na to duże szanse, bo styczeń to sam środek australijskiego lata) w grę wchodzą rozrywki takie jak: ping pong na świeżym powietrzu, obowiązkowe BBQ, pływanie w domowym basenie lub w morzu (zgodnie z osobistymi preferencjami) oraz przygotowywanie drinków i dbanie o to, żeby turystyczne lodóweczki pełne zimnego piwa cały czas były odpowiednio schłodzone. Czegóż więcej chcieć do szczęścia! Muszę jednak zaznaczyć, że niektórzy Australijczycy odmawiają jedzenia opisanego już przeze mnie wcześniej mięsa kangura w ten dzień. Mówią, że jakoś tak głupio jeść własne godło narodowe w Australia Day. Roztkliwia mnie to :) Patriotycznym akcentem są oczywiście wszechobecne flagi oraz akcesoria, aby samemu wyglądać jak jedna wielka, chodząca australijska flaga: naklejki na paznokcie, tatuaże na całe ciało i tak dalej. W zaopatrzeniu w powyższe przedmioty przodują oczywiście Chińczycy, którzy w swoich sklepikach są przygotowani na wszystkie święta w odpowiednim czasie, od Walentynek zaczynając, a na Chanuce kończąc. 








Drifter ma jeszcze jedną tradycję wraz ze znajomymi. Wszyscy mianowicie jesteśmy uzależnieni od muzyki, w związku z czym, co roku o godzinie 12:00 rozpoczyna się odliczanie "Hottest 100", czyli 100 najpopularniejszych, wybranych przez radiosłuchaczy piosenek minionego roku. Odliczanie trwa prawie 6 godzin, głosowanie i listę przebojów prowadzi Radio Triple J, znane z tego, że jest radiem niekomercyjnym i puszcza albo muzykę rodzimą, propagując tym samym młodych australijskich wykonawców, albo też muzykę alternatywną z innych zakątków świata. Jest to, trzeba przyznać, miła ucieczka od wszechobecnej Rihanny, Lady Gagi i Pitbulla. W tym roku (bez większego zaskoczenia) wygrał oczywiście Gotye i Kimbra z piosenką „Somebody I used to know”. Cóż, przynajmniej patriotycznie, bo oboje są akurat Australijczykami. Ciekawa jestem, czy ta piosenka stała się wszędzie na świecie takim hitem jak u nas, w Polsce. Bo trzeba przyznać, że Gotye wyskakuje już powoli z lodówki. Co za dużo, to niezdrowo, dlatego zamiast rozpisywania się nad jego fenomenem chciałabym polecić kilka znakomitych utworów z pierwszej dwudziestki. Cudowny "Lonely Boy" (The Black Keys) na drugim miejscu, klimatyczne "Midnight City" na miejscu 5 (M83, zagra na tegorocznym Openerze) lub zabawne i świeże "Awkward" (młodziutki duet z Perth, San Cisco). Dobra muzyka, interesujące teledyski i pozytywni ludzie (pełna listat tutaj: 2011's Hottest 100). Dla mnie jednym z najbardziej optymistycznych kawałków na lato w ogóle (starszym, niż z zeszłego roku) jest ten oto utwór duetu Miami Horror, którzy, tak jak Gotye, do współpracy również zaprosili Kimbrę. Polecam zarówno piosenkę jak i wyjątoko pozytywny teledysk. No i jeszcze ta jej sukienka!

Duch narodu


Skoro już o godle narodowym mowa, to chciałabym jeszcze przytoczyć historię, którą opowiedział mi nasz kumpel, Drew, a za którą jestem mu bardzo wdzięczna, bo jakoś tak już mam, że uwielbiam kolekcjonować takie nie mające większego znaczenia, a jednak interesujące fakty. Drew jest zawodowym trenerem rugby. Wspomina, że kiedyś, gdy jeszcze sam się uczył, ich trener w celu zmotywowania drużyny powiedział taką oto rzecz: „do you know why from all the Australian animals it’s the kangaroo and emu that have been chosen? Because they are our only animals that cannot go backwards”. Osobiście uważam, że to naprawdę fajny sposób na wytłumaczenie obecności tych zwierząt na godle narodowym. I od razu jakoś tak dumniej pręży się Australijczykom pierś.

Kolejna ciekawostka: hymn Australii, "Naprzód piękna Australio" ("Advance, Australia Fair"). Przesłuchałam go na youtubie, przeczytałam oryginalny tekst wraz z poetyckim tłumaczeniem na język polski. Uwagę moją przykuł czyjś komentarz na youtubie (cytuję z pamięci): „to chyba jedyny hymn na świecie, gdzie nie pada ani jedno słowo o wrogach i przyjaciołach, wojnach i podbojach. To historia ciężko pracujących ludzi, którym darzy ziemia, którzy cieszą się jej naturalnym bogactwem i starają się pomnażać, to co mają i żyć w pokoju. Australijczycy mogą być z siebie dumni”. Coś w tym jest. Hymn jest wyjątkowo pacyfistyczny jak na rodzaj tego typu pieśni. I chyba dobrze oddaje australijski patriotyzm. Subtelny, pragmatyczny, ale szczery. Patriotyzm to nie wymachiwanie szabelką. Patriotyzm to kupowanie krajowych produktów w supermarkecie, na przykład. W sklepach aż roi się od logo proudly Australian lub Australian owned&made. Wspieranie lokalnego rynku, które przynosi wymierne korzyści. Obserwuję Australijczyków już od jakiegoś czasu i widzę, że jeśli chodzi o kwestie patriotyczne, różnimy się diametralnie. My potrzebujemy trochę greckiej tragedii w tym wszystkim. Lubimy się wzruszyć, pochlipać sobie gdzieś tam nad filmikiem o polskiej husarii w Internecie. Wszystkim znajomym obcokrajowcom opowiadamy o latach świetności Rzeczpospolitej i, że gdyby nie źli sąsiedzi, to dziś też bylibyśmy, zapewne, światową potęgą. Dziwimy się, jak ktoś nie zna Sławnych Polaków. A nie znać Papieża Polaka to już naprawdę wstyd. Ale czy ktoś z nas umiałby, tak z ręką na sercu, wymienić sławnych Belgów, Finów, Estończyków? Użalamy się nad sobą i, choć nikt się do tego nie przyzna, to lubimy te tandetne „Hej Sokoły” po paru piwach przy ognisku. Słowiańska dusza, mówią. Australijska dusza natomiast nie jest nawet zainteresowana ostatecznym oddzieleniem się od brytyjskiej Korony. Na pytanie dlaczego, usłyszałam „you don’t fix something that is not broken”. No i skończyły mi się argumenty. Wy sami natomiast odpowiedzcie sobie na pytanie, ale tak znowu szczerze, czy serio wolelibyście zarabiać średnio 2000 euro miesięcznie i mieć fajny socjal, ale widzieć twarz np. Merkel lub Putina na rewersie polskich monet zamiast orzełka i przynależeć do którejś z tych dwóch Federacji. No właśnie. Nie wiem, co jest lepsze, a co jest gorsze. Wydaje mi się, że łatwiej jest żyć z ich podejściem. Dodatkowo, generuje to więcej wewnętrznego spokoju i mniej nienawiści w stosunku do wszystkich, którzy „nie są tacy sami jak my”. Australijczycy to jeden z najbardziej praktycznych i pragmatycznych narodów świata. Ważne jest to, żeby było dostatnio i bezpiecznie. A o swojej narodowej tożsamości wcale nie zapominają. Lubią własne piwo, własne ciuchy, właśnie jedzenie. Wspierają swoich artystów, słuchają rodzimej muzyki i oglądają lokalne programy w telewizji. Flaga na japonkach, flaga na bikini. To patriotyzm traktowany z przymrużeniem oka, ale wypływający prosto z serca.

Land Down Under

Pomyślcie: Australia. Co przychodzi wam do głowy? Moja wiedza o tym kraju była naprawdę znikoma. W zasadzie ograniczała się do klasycznych, stereotypowych wyobrażeń, typu: kangury, koala, eukaliptus, surfing. Oprócz tego, wiedziałam jeszcze to, o czym przez długie miesiąca opowiadał mi Drifter, od momentu gdy się poznaliśmy. Owszem, byłam ciekawa tego odległego państwa-wyspy, ale z drugiej strony muszę przyznać, że Australia jako taka nie pociągała wcześniej mnie w jakiś szczególny sposób. Kultura Aborygenów nie wydawała mi się interesująca, australijskie miasta kojarzyły mi się głównie ze szklanymi drapaczami chmur, totalnym brakiem zabytków, historii i kultury. Jednym słowem: gdybym kilka lat temu miałam wybrać top 10 miejsc na Ziemi, które naprawdę chciałabym odwiedzić, Australia raczej nie znalazłaby się wtedy na mojej liście.

Chcę poświęcić cały osobny wpis na listę moich ulubionych „australijskich absurdów”, ale jeszcze nie przyszła na to odpowiednia pora. Niemniej jednak, muszę wspomnieć o kilku niesamowitościach, które już na początku podróży sprawiły, że naprawdę zaczęło do mnie docierać to, gdzie jestem. A konkretniej rzecz ujmując, jak daleko od domu przyszło mi spędzić najbliższe cztery miesiące. Tak, woda faktycznie wiruje w odwrotnym kierunku, gdy wyjmiemy korek z wanny. Nie znam się na fizyce, ale jestem pewna, że mówiliśmy o czymś podobnym w szkole. Oczywiście musi mieć to związek z ruchem obrotowym Ziemi, jej polem magnetycznym i faktem, że Australia znajduje się na południowej półkuli.

W Polsce czasem mówią na nią Antypody. Australijczycy lubią mówić o niej Down Under lub OZ. Jako filolog i językoznawca (pozwólcie, że poprawię sobie humor tytułując się w ten sposób), pozwolę sobie tutaj na krótką, lingwistyczną dygresję. Pierwszym odkrywcom Piątego Kontynentu wydało się, że  odkryli wspomnianą już przeze mnie wcześniej mityczną Terra Australis Incognita. Nazwa się przyjęła i do dziś ma się bardzo dobrze, funkcjonuje pod taką postacią we wszystkich znanych mi językach. Frapującą nazwę Antypodów zawdzięczamy starożytnym Grekom. Antipodes, "naprzeciw stopy". Zastanawiano się też, czy na południowej półkuli chodzi się na przykład do góry nogami. Nazwa Down Under jest powszechnie używana i lubiana przez samych Australijczyków. W tym miejscu uważam za nieodzowne przypomnieć kultowy już kawałek grany przez australijską grupę Men at work w latach osiemdziesiątych. 


Zachwyciła mnie też wersja zagrana przez nich na żywo na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Sydney. To piosenka, która łączy pokolenia Australijczyków. Osobiście uważam, że zarówno teledysk jak i jej dość absurdalny tekst doskonale oddają pewne cechy charakteru tego narodu. Mam tu na myśli głównie cudowny dystans do samych siebie i niejaką filozofię życiową, którą większość z Australijczyków faktycznie wyznaje, streszczającą się w jakże pięknym w swojej prostocie sformułowaniu no worries. Ale także dumę narodową. Australijczycy naprawdę kochają swój kraj i dają temu wyraz na każdym kroku. Większość produktów spożywczych sprzedawanych w supermarketach to produkty wytwarzane lokalnie, proudly made in Australia. Tak, oni naprawdę piszą na etykietach słowo proudly. Flagi narodowe widać wszędzie. Dosłownie wszędzie, na japonkach i majtkach włącznie. Rzecz, która prawdopodobnie byłaby karana wyrokiem sądowym w Polsce za bezczeszczenie symboli narodowych. Australijczycy, w przeciwieństwie do większości Europejczyków wykazują ogromny luz jeśli chodzi o te sprawy. Potrafię też śmiać się sami z siebie i wolni są od wielu uprzedzeń i stereotypów, które wciąż niestety pokutują na naszym kontynencie. Wynika to po części ze zwykłej, ludzkiej ignorancji – wielu Australijczyków zwyczajnie nie wie i nie interesuje się niczym, co dzieje się poza ich własnym krajem. Ale z drugiej strony, bierze się to z głęboko zakorzenionego poczucia równości, solidarności i wspólnotowości. I tego moglibyśmy się od nich uczyć. Australijczycy nie oceniają tak łatwo. Być może dlatego, że są tak daleko od wszelkich innych państw, że każdy gość „spoza” jest dla nich poniekąd atrakcyjny, szczególnie jeśli przybywa z Europy. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy miałam tam poczucie, że ktoś mógłby mi zazdrościć, że jestem z Polski, że fajnie byłoby mieć nasze obywatelstwo. No bo w końcu to Unia Europejska. Do tej pory miałam dziwne wrażenie, że przedstawiając się Anglikowi bądź tez Francuzowi, patrzono na mnie trochę z góry. „Z Polski? Ahh… tak” - w domyśle „z tej Polski, gdzie kradną samochody, skąd przyjeżdżają do nas tani robotnicy, którzy zabierają pracę naszym ludziom, kraju fliziarzy, cwaniaków, hydraulików i alkoholików” (zdaję sobie sprawę, że trochę przesadzam, ale jednak…). Do tego pakietu niektórzy dorzucą kilka pozytywnych skojarzeń „ciężko pracują, znają języki, są wykształceni, mieli niełatwą historię, przeżyli II wojnę światową i komunizm” oraz garść nazwisk naszych sztandarowych postaci historycznych (Wałęsa, Chopin, Kopernik, Jan Paweł II), jest to jednak już wyższy intelektualny level. Ciężko zresztą kogoś winić za to, że nazwisko Chopin nie do końca z Polską się kojarzy. Ale jakieś skojarzenia zawsze jednak są. W Europie jest zwyczajnie za ciasno, od lat brakuje powietrza i przestrzeni dla tak wielu narodów i kultur, które przez setki lat jakoś musiały się wzajemnie znosić, ale wiadomo, nie zawsze było kolorowo. Poza tym, 2000 lat wspólnej historii też robi swoje i od pewnych skojarzeń uciec się po prostu nie da, nawet jeśli się ich po cichu, w głębi serca, wstydzimy. Natomiast w Australii tych skojarzeń nie ma. Ani negatywnych ani pozytywnych. Fajnie jest usłyszeć „that’s so cool”, jak się powie skąd się jest. W Australii Polska brzmi zdecydowanie egzotycznie. Historia potrafi być przewrotna: uważam, że to niesamowite w jaki sposób Australijczycy przekuli karę jaką było zesłanie w te najodleglejsze na Kuli Ziemskiej tereny w ogromny sukces jakim jest bezpieczeństwo, bogactwa naturalne i gospodarczy dobrobyt, którym kraj szczyci się na każdym kroku. Ma prawie wszystko, stara się importować jak najmniej. Men at Work śpiewają o niej „Land of Plenty”. I coś w tym jest, bo Australia jest dziś praktycznie samowystarczalna z punktu widzenia ekonomicznego i po prostu dobrze się żyje.

środa, 21 marca 2012

Get that travel bug

Tak naprawdę nie wiem, kiedy dokładnie narodził się pomysł na odbycie tej podróży. To musiały być wakacje 2010. Drifter powiedział do mnie któregoś dnia: "czy lubisz camping? co powiedziałabyś na dłuższą podróż, samochodem?". Ot tak, po prostu. Oczywiście, że powiedziałam tak, kto by nie powiedział? Nigdy nie byłam w Australii, nie miałam tak naprawdę pojęcia o czym mówimy. Odległości, krajobrazy, warunki podróżowania... zgodziłam się spontanicznie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, była to chyba najlepsza decyzja jaką do tej pory podjęłam w życiu. W Sydney po raz pierwszy wylądowałam na początku listopada. Surrealne przeżycie. Podróż trwała (kalendarzowo) prawie 4 dni. 27 godzin spędzonych w autokarze z Krakowa przez Berlin, Dunkierkę, Dover do Londynu. Nocleg w Londynie, wyprawa na Heathrow, lot do Bangkoku (14 godzin+3 godziny na lotnisku), z Bangkoku do Sydney (8 godzin) + 10 godzin dodanych w zegarku, ze względu na zmianę strefy czasowej. Wyruszyłam we czwartek w południe, wylądowałam w niedzielę rano. Szok termiczny. W Polsce zaczynała się już wszak powoli zima, w Australii właśnie rozpoczynało się lato. Każda podróż inspiruje, ale czynnik odległości ma na pewno ogromny wpływ na nasze postrzeganie. Lecąc do Australii naprawdę CZUĆ, że jest daleko. Słynnego jet lagu nie było, chyba z ogólnej ekscytacji i chęci poznania Nowego. Po mniej więcej tygodniu zdrowej i wskazanej adaptacji, trzeba było podjąć pewne decyzje, co do tego, gdzie jedziemy, czym jedziemy i na jak długo chcielibyśmy jechać. Zrozumiałe, że w powyższych kwestiach pokładałam moje bezgraniczne zaufanie w moim towarzyszu podróży, bo był Stamtąd. Po długich namysłach i konsultacjach, ostatecznie postanowiliśmy wyruszyć zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, jak tylko uda się na ten czas kupić lub wynająć odpowiedni samochód i załatwić wszystkie formalności. Plan podróży miał być tylko ogólnie zarysowany, o wszystkich szczegółach mieliśmy decydować as we go. Trzymała nas tylko jedna data: 30 grudnia, dzień przed Sylwestrem, mieliśmy być na Philip's Island, na południe od Melbourne, ponad 1000 km stąd. To dało się zrobić, o resztę się nie martwiliśmy. Planowany czas podróży: 2 miesiące. Trasa została wytyczona: Sydney do Melbourne wzdłuż wschodniego wybrzeża, krótki pobyt na Philip's Island, przebycie Great Ocean Road w stanie Victoria, przekroczenie granicy ze stanem South Australia, dłuższy pobyt na Kangaroo Island, następnie Adelaide - ostatni powiew cywilizacji przed wyruszeniem w Outback. Przez Port Augusta mieliśmy skierować się na północ, przemierzając słynną Stuart's Highway, jedyną drogę asfaltową łączącą północ z południem, przez Coober Pedy w kierunku Alice Springs. Po drodze odbiliśmy jeszcze na zachód, po to, aby na własne oczy ujrzeć ikonę Australii, czerwoną skałę Uluru (dawniej Ayers Rock). Stamtąd mieliśmy podążać jeszcze trochę na północ, aż do Tennant Creek, aby potem odbić z powrotem na wschód (tym samym, zataczając pełną petlę) przez Mount Isa aż do Townsville. Z Townsville w stanie Queensland chcieliśmy wrócić do Sydney wzdłuż malowniczego wschodniego wybrzeża, gdzie znajdują się prawdopodobnie najbardziej ikoniczne miejsca związane z Australią, chociażby takie jak Wielka Rafa Koralowa. Niestety, los chciał inaczej. Utknęliśmy w Alice Springs z powodu ogromnego cyklonu Yasi, który nawiedził wtedy Queensland i spowodował tragiczne w skutkach powodzie, o których nawet w Polsce było głośno. Musieliśmy zawrócić. Ostatecznie wszystko tak się jakoś poukładało, że w drodze powrotnej zwiedziliśmy miejsca, na które zabrakło nam czasu wcześniej, więc nie było tak naprawdę czego żałować. "Another time", powiedział Drifter.



poniedziałek, 19 marca 2012

To, co nieznane

Australia. Do połowy XVI wieku dryfowała sobie spokojnie między oceanami i nic nie zakłócało spokoju jej rdzennym mieszkańcom. W świadomości Europejczyków jednak, już od setek lat, dominowało głębokie przekonanie o istnieniu tajemniczego, wciąż nieodkrytego południowego kontynentu, który równoważyłby (w logiczny wszak sposób) masę kontynentów północy. Ptolemeusz określił go nazwą Terra Australis Incognita: Nieznany Południowy Ląd. Mącił umysły i pobudzał wyobraźnię. O jej brzeg pierwsi zahaczyli Portugalczycy, podbojem nie byli jednak zainteresowani - ziemia wydawała się jałowa, a miejsce bezludne i dzikie. Po nich przybyli Holendrzy. Ci pozostawili po sobie nazwę: Nowa Holandia i... popłynęli dalej. Zainteresowanie niezbadanym jak dotąd kontynentem ożyło pod koniec XVII wieku, kiedy to brytyjski odkrywca, kapitan James Cook, ostatecznie określił jego kształt i zajął jego terytorium dla Korony Brytyjskiej. Wkrótce inny angielski podróżnik, Matthew Flinders, zaproponował nową nazwę: Australia. I tak już zostało do dzisiaj. Holenderska Ziemia van Diemena stała się Tasmanią, a wkrótce okazało się też, że jest to wyspa, a nie cypel połączony organicznie lądem z Piątym Kontynentem. Ten z kolei przerodził się, choć stopniowo i niełatwo, w krainą mlekiem i miodem płynącą. Znaleziono złoto, diamenty, srebro, szafiry, opale, węgiel i inne cenne minerały. Z karnej kolonii kraj w przeciągu niecałych 300 lat miał się przekształcić w opiewaną do dziś w hymnie narodowym "land of plenty", krainę dobrobytu. Fakt, że Australia znajduje się w najdalej chyba od Europy oddalonym zakątku Ziemi wciąż inspiruje. I choć kulturowo jest nam do niej blisko, kraj ten wciąż czasem jawi się nam jako pół-dzika kraina na drugiej półkuli, Antypody, gdzie wszystko dzieje się na opak, gdzie nawet woda wiruje w przeciwnym kierunku... Dużo w tym zresztą uzasadnionej racji. Dziennik ten to zbiór moich prywatnych obserwacji na powyższy temat, zlepek osobistych przeżyć i doświadczeń. Przede wszystkim jednakjest to zapis podróży, którą odbyliśmy na przełomie 2010 i 2011 roku, przemierzając campervanem blisko 11 000 km australijskich dróg, dziczy i głuszy. Podróży, która sprawiła, że pewne rzeczy już nigdy nie będą takie, jakie były wcześniej...