Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 maja 2012

Melbourne, Sylwester w lecie i ostatnie podrygi z cywilizacją

Po nocy spędzonej na stacji benzynowej musieliśmy bardzo przyspieszyć, żeby jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Melbourne. Zostało do przejechania około 500 km, jechaliśmy praktycznie cały dzień, żeby zdążyć na czas. Było gorąco i uciążliwie, bez zbędnych przystanków po drodze, ale jakoś się udało. Poniżej trasa, jaką udało nam się pokonać do tej pory.



Sam wjazd do miasta robi wrażenie. Melbourne jest położone nad brzegiem oceanu, posiada sporych rozmiarów port (choć nie tak imponujący jak słynny Sydney Harbour, który wg mnie nie ma sobie równych), różne części miasta są połączone ze sobą ogromnymi mostami, panorama zapiera dech w piersiach.

Na jakiekolwiek zwiedzanie miasta tym razem nie było czasu, ponieważ jeszcze tego samego dnia mieliśmy odebrać znajomych na lotnisku i dojechać na Philip's Island, położoną kolejne 140 km na południe od Melbourne. Na lotnisku, jak na złość samochód odmówił posłuszeństwa i przez ponad godzinę, z nieznanych nam przyczyn, nie chciał zapalić. Ale w końcu ruszyliśmy, już we czwórkę. Humory dopisywały, jechaliśmy bowiem na trzydniowy Pyramid Festival. Miał on miejsce tuż przy słynnym motocyklowym torze wyścigowym Gran Prix. Dojechaliśmy już po zapadnięciu zmroku, musieliśmy przejść wnikliwą kontrolę przy wjeździe. Pomimo tego, że przyjechaliśmy na dzień przed rozpoczęciem festiwalu, pole namiotowe było już prawie pełne. Rozbiliśmy obozowisko wokół campervana, zjedliśmy bardzo późną kolację i zaczęła się trzydniowa impreza. O samym festiwalu pisać nie będę, bo chciałabym się skupić na samej podróży jako takiej, powiem tylko tyle, że doświadczenie było oczywiście niesamowite, ale tylko dla ludzi o stalowych nerwach. Myślę, że nasz Opener wygląda podobnie, jednak na tym upale, w namiotach, z zatkanymi toi toi-ami bywało czasem ekstremalnie. Pomimo wszystko organizacja była dobra a sama Noc Sylwestrowa w rytmie najnowszego albumu N.E.R.D niezapomniana. N.E.R.D. jednak wszyscy znają, dlatego ja pozwolę sobie polecić inny, nieznany (jak sądzę) w Polsce zespół z Antypodów, Lowrider, których muzyka łagodnie kołysała popołudniu w soulowym rytmie. Poniżej mój absolutnie ulubiony kawałek.













Wybawieni, wymęczeni, wymiętoleni i niewyspani w Nowy Rok pożegnaliśmy się ze znajomymi, którzy wrócili samolotem do Sydney, a my ruszyliśmy z powrotem do Melbourne. Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to z jednej strony wciąż byłam pozytywie rozkołysana posylwestrowo, z drugiej jednak strony przechodziłam istne męki jeśli chodzi o brak możliwości wykąpania się przez dwa dni, bo w ostatni dzień przed koncertem finałowym popsuły się prysznice i każdy musiał sobie radzić tak, jak tylko umiał. Upał i zmęczenie zrobiły swoje. Czułam się fatalnie, wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że za kilka tygodni przyjdzie mi spędzić całe pięć dni bez możliwości skorzystania z prysznica. Dlatego z wytęsknieniem oczekiwałam na przyjazd do miasta, mieliśmy się mianowicie zatrzymać u kumpla Driftera, Jasona, z którym wcześniej pracował, a który dopiero co przeniósł się do Melbourne, ze względu na nowy projekt. Jasona poznałam jeszcze w Sydney, na imprezie pożegnalnej przed przeprowadzką. W Melbourne zamieszkał ze swoją dziewczyną, oboje przyjęli nas bardzo ciepło i, trzeba podkreślić, z dużą wyrozumiałością, łatwo sobie wyobrazić nasz stan, w jakim wtoczyliśmy się do ich nieskazitelnego, nowiutkiego mieszkania. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo na myśl o kąpieli i o nocy spędzonej w normalnym łóżku. Po prysznicu czułam się jak nowo narodzona. Zjedliśmy przepyszne wołowe burgery własnoręcznie przyrządzone przez Jasona, powspominaliśmy trochę Europę (Jason jest Anglikiem) i błogo poszliśmy spać.

Kolejny dzień upłynął za zwiedzaniu Melbourne. Szkoda, że byliśmy tam tylko jeden dzień. I tak udało nam się sporo zobaczyć, pogoda zresztą była idealna, ale jest to zdecydowanie miasto, które zasługuje na głębsze poznanie. Zwiedzanie warto zacząć od Federation Square, centralnego placu miasta. Fakt, że takowy plac w ogóle istnieje jest godny odnotowania, australijskie miasta bowiem, w przeciwieństwie do większości europejskich miast i miasteczek, nie posiadają zazwyczaj tzw. rynku. Przyznam szczerze, że mi, Krakowiance, było wyjątkowo trudno zaakceptować taki stan rzeczy. Rynek jest czymś naturalnym, gdzie skupia się całe życie miasta, gdzie dzieje się wszystko o czym warto wiedzieć. W Sydney bardzo brakowało mi rynku, choć port pełni tam podobne funkcje. Melbourne swój "rynek" ma (choć to nie do końca to samo), a co lepsze, znajduje się tam najlepszy punkt informacji turystycznej jaki kiedykolwiek w życiu widziałam! Uprzejmi pracownicy, niezliczona ilość darmowych broszur i folderów oraz możliwość zapytania o absolutnie wszystko, co dotyczy  nie tylko Melbourne jako takiego, ale całego stanu Victoria sprawia, że miejsce to nie ma sobie równych. Chylę czoła przed władzami miasta za doskonała organizację, wytyczenie niebanalnych tras turystycznych i umiejętne zaplanowanie sposobów spędzania wolnego czasu na wszelkie możliwe sposoby. Dzięki temu w Melbourne i okolicach nie można się po prostu nudzić. Przykład godny naśladowania.



Federation Square to nie jedyny powód, dla którego Melbourne niejednokrotnie nazywane jest "najbardziej europejskim z australijskich miast". Chodzi o całą jego atmosferę. Wąskie uliczki w najstarszej części miasta mają w sobie coś z Amsterdamu, Londynu, Paryża... pełne knajp, graffiti, artystów, studentów, hipsterów, outsiderów, dziwaków wszelkiej maści... To największe skupisko australijskiej Polonii (ponad 16 000 osób) i, równocześnie, miasto o największej liczbie zagranicznych studentów, zaraz po Londynie i Nowym Jorku. Melbourne posiada także tramwaje, najsłynniejszą zarówno przez mieszkańców miasta, jak i przyjezdnych. Wybraliśmy się jednym z nich na najsłynniejszą w okolicy plażę, St. Kilda. Osobiście  uważam, że nie dorównuje ona urokiem niepowtarzalnej serii plaż rozciągających się wzdłuż wybrzeża Sydney, z najsłynniejszą w całej Australii Bondi Beach na czele, niemniej jednak atmosfera tam panująca, jak i błogi klimat w przytulnym i znanym na całe miasto muzycznym pubie Esplanade Hotel (przez insidersów czule zwany Espy) nie ma sobie równych. Szczególnie, gdy na scenie występuje energetyzujący zespół z Brazylii, a za oknem można obserwować przepiękny zachód słońca sącząc lodowate, złociste piwo przy barze. Na koniec dnia wybraliśmy się na film wyświetlany na świeżym powietrzu, w ramach movies by the moonlight w Ogrodzie Botanicznym. Film akurat był denny, nieważne jaki. Ważne, że tamtej nocy czułam się prawdziwą szczęściarą, że po prostu mogę tam być, w tę jedną, niepowtarzalną, ciepłą, styczniową (!) noc, pod tym rozgwieżdżonym niebem, na tej wilgotnej trawie pełnej robali i komarów. To są chyba te bezcenne chwilę, na których samą myśl się uśmiechamy na starość...

Melbourne już dwukrotnie zostało wybrane przez magazyn The Economist "najlepszym miastem do życia na świecie". I wcale mnie to nie dziwi.







piątek, 27 kwietnia 2012

Heading South: niespodziewana noc na stacji benzynowej i prysznic pod chmurką

Pierwszy poranek  na drodze przywitał nas słonecznie. Jak już wcześniej wspomniałam, kawa też zrobiła swoje, dzień zaczęliśmy więc pełni dobrej energii. Kontynuowaliśmy trasę przemieszczając się Princess Highway na południe. Dookoła rozciągały się lasy i łąki, było mnóstwo zieleni i małych jezior, ponoć tamte tereny to raj dla wędkarzy (o czym nie zapomniał mnie poinformować Drifter), od czasu do czasu droga zbliżała się do oceanu, potem znów wcinała się w głąb lądu, drzewami. Po drodze mijaliśmy miejsca o egzotycznie brzmiących nazwach: Bimbimbie, Bumbo Lake, Tilba Tilba.

Tutaj miejsce na małą dygresję: skręcając na zachód z Princess Highway natrafimy na dwie malutkie miejscowości, Central Tilba i Tilba Tilba. W szczególności ta druga przykuła moją uwagę, jest to mianowicie stare, w większości zachowane oryginalnie australijskie miasteczko jeszcze z czasów pierwszych kolonizatorów. Miasteczko to może za dużo powiedziane, bo tak naprawdę to jest to szeregowa zabudowa drewnianych, jednopiętrowych domów wzdłuż jednej, niezbyt ruchliwej ulicy. Z jakiś jednak powodów, Tilba Tilba jest bardzo często odwiedzana przez turystów, prawdopodobnie ze względu na to, że przynależy to tzw. heritage sites, ważnych lub po prostu dobrze zachowanych miejsc związanych z przeszłością Australii. Musiało minąć trochę czasu, zanim nauczyłam się doceniać takie miejsca, my Europejczycy (i Eurocentrycy) przykładamy do wszystkiego swoją miarkę i jak coś ma "tylko" 200 lat, to dla nas nie ma mowy o zabytku, myślimy, że nawet nie warto się fatygować. Tilba Tilba to jednak urocze miejsce z najlepszymi chyba na świecie pumpkin pies, sprzedawanymi na gorąco w jednej (jedynej?) z tradycyjnych piekarni. Sprzedają tam też ręcznie wyrabianą krówkę (fudge, nie można to jakoś inaczej nazwać po polsku?), a prowadzenie maleńkiego sklepu o wyglądzie jak z początku XX wieku to wspólny, rodzinny biznes.




Jadąc przez tamte tereny nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że robi się coraz puściej i puściej. Dookoła nas było więcej krów i baranów niż ludzi. Były też pierwsze znaki drogowe ostrzegające przed wombatami, ale nie udało nam się zobaczyć wtedy ani jednego (nie licząc jednego, ogromnego zdechłego wombata, który leżał przy drodze, smutny widok). Jeśli miałabym do czegoś porównać tamtejsze krajobrazy to wskazałabym na Hobbiton z Władcy Pierścieni. Film był zresztą kręcony w Nowej Zelandii, a jeśli chodzi o pejzaże, to myślę, że kraje te mają wiele wspólnego. Było przede wszystkim zielono. Powietrze było czyste, rześkie. Jednopasmówka, którą jechaliśmy wiła się w górę i w dół po okolicznych pagórkach. Cała ta atmosfera przypominała sielankę. Nic dziwnego zresztą, bo jak się potem dowiedziałam, przejeżdżaliśmy właśnie przez tereny rezerwatu przyrody Goura i parku narodowego Wallanga Lakes. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze jedną z najsłynniejszych w Australii fabrykę serów w miejscowości Bega i najedliśmy się do syta na darmowej degustacji, wracając do kolejki raz po raz, dopóki nasze twarze nie stały się już żenująco rozpoznawalne dla pracowników. Pojechaliśmy więc dalej, przez miasteczko o malowniczo brzmiącej nazwie Eden, po czym postanowiliśmy zboczyć jakieś 20 km na wschód, do miejscowości położonej nad brzegiem morza o nazwie Malacoota. Powodem, dla którego pozwoliliśmy sobie na odbicie od głównej drogi było głównie to, że Drifter bardzo chciał się wykąpać w morzu. Ja chciałam się wykąpać w ogóle, bo poprzedniej nocy na campingu gdzie spaliśmy nie było takiej możliwości. Szukaliśmy więc miejsca, gdzie byłaby szansa na prysznic lub przynajmniej orzeźwiającą kąpiel w morzu. Woda była lodowata, był już dość późny wieczór. Na szczęście potem udało nam się zaparkować przy ogromnym polu namiotowym, gdzie były wszystkie udogodnienia, zdecydowałam się więc zakraść się nielegalnie ja jego teren i wziąć ciepły prysznic. Bosko! Drifter w tym czasie przygotowywał kolację, dojedliśmy wszystkie resztki ze Świąt Bożego Narodzenia podsmażając je na polowym BBQ i ruszyliśmy dalej.





Zaczęło się robić późno, a nam kończyła się benzyna. Okazało się, że niestety był pewien problem z samochodem. I to dość poważny. Za wcześnie ucieszyliśmy się z opcji duel-fuel. Sprzedawca camepervana nie raczył nas bowiem poinformować o tym, że montaż baku na gaz odbył się kosztem baku na paliwo, w związku z czym samochód był w stanie zatankować maksymalnie benzyny na... 200-220 km! Do tego dochodził tańszy gaz, ale na nim byliśmy w stanie wyciągnąć nie więcej niż 70-90 km. Byliśmy załamani. Przed nami 2 miesiące na drodze, a co niecałe 300 km trzeba zatrzymać się na stacji benzynowej. Wkrótce stacje benzynowe miały się stać naszym drugim domem, gdzie jadaliśmy, zaopatrywaliśmy się w niezbędne produkty, szukaliśmy towarzystwa, dbaliśmy o higienę osobistą, gdzie wskazywano nam drogę, zabawiano rozmową, dawano rady i wskazówki. Postanowiliśmy podejść z dystansem do całej sytuacji i, aby uchwycić jej ironiczny wydźwięk zaczęliśmy robić zdjęcia mojemu pluszowemu Wombatowi (ma na imię Bruce) z pracownikami wszystkich stacji, gdzie przyszło nam się zatrzymać. Był z tego niezły ubaw, a sami pracownicy byli zachwyceni pomysłem i niejednokrotnie w kreatywny sposób improwizowali przed kamerą :)




W planach mieliśmy dojechać aż do Lakes Entrance, czyli miejscowości, z której byłoby już ciut bliżej do Melbourne, gdzie mieliśmy przyjechać na następny dzień. Niestety, zaufaliśmy za bardzo GPS-owi, który wskazał nam stację benzynową w małej miejscowości Orbost jako działającą. Okazało się, że stacja nie była otwarta 24/7. W związku z powyższym, przyszło nam spędzić noc na stacji benzynowej. Bez toalety i bieżącej wody. Dopóki był naładowany akumulator działał mały kranik w samochodzie, elektryczna lampka i radio. Jak już padł akumulator to zostały nam tylko świeczki i gitara. Chcąc nie chcąc, wyszła nam z tego bardzo przyjemna i całkiem romantyczna atmosfera. No może z wyjątkiem cystern z benzyna i butli z gazem za oknem... Zamiast romantycznej kolacji zjedliśmy jednak jakieś resztki z lodówki, a póki jeszcze radio grało zapodaliśmy Finka, który towarzyszył nam od zawsze, a tamtej nocy został odkryty na nowo. Zabawne, jak bardzo udało nam się zaczarować tę noc. Na początku byliśmy wściekli, że coś nie poszło zgodnie z planem, ale potem obróciliśmy to w żart i zaczęliśmy doceniać swoje własne towarzystwo. Okazało się, że przy totalnym braku środków i potencjalnych zapychaczy czasu, takich jak komórki i laptopy, bawiliśmy się doskonale. Było granie na gitarze i rozmowy późną nocą. najzabawniejszy był jednak poranek. Stacja się zaludniła, było dużo ruchu i zamieszania. Bardzo, ale tak naprawdę BARDZO chciałam się móc jakkolwiek umyć. Postanowiliśmy  więc wypróbować jeden z naszych ciekawych zakupów na potrzeby podróży, mianowicie  przenośny prysznic solarny :) jest to gumowa torebka, która może pomieścić 5 litrów wody  i która posiada coś w rodzaju głowicy prysznica, z której leje się woda. Zawiesiliśmy ten cudowny sprzęt na pobliskim, wysokim drzewie i w kostiumach kąpielowych braliśmy prysznic. Obok jakaś rodzina zatrzymała się na piknik-śniadanie... Wydaje mi się, że tamtego dnia staliśmy się główną atrakcją okolicy... Od tamtej pory postanowiliśmy wozić ze sobą kanister benzyny w zapasie. Tak na wszelki wypadek. I ruszyliśmy na południe, do Melbourne.





poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kij do krykieta, ekspres do kawy i Buka za oknem...

...czyli jak wybrać, to, co naprawdę w podróży potrzebne i nie zwariować. Pierwszy dzień drogi: przyjazd do Batemans Bay i nasz pierwszy camping.


Przezorny zawsze ubezpieczony. Dlatego też nasze długie przygotowania do dwumiesięcznej wyprawy nie ograniczyły się do załatwienia odpowiedniego środka transportu, ale dotyczyły również jego szczegółowego wyposażenia. Było kilka wizyt w sklepach ze sprzętem turystycznym, nie obeszło się też bez pomocy ze strony rodziny: wszak wiadomo, że babcia to ostoja niepotrzebnych nikomu przydasiów, które po 50 latach okazują się nagle niezastąpione w pewnych okolicznościach. Dostaliśmy więc prześcieradła, śpiwory, garnki, ściereczki i sprzęt kuchenny, karimatę, świeczki, noże, wełniany koc, detergenty, wąż ogrodowy, latarki, baterie, stare mapy i atlasy samochodowe. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Przy okazji w garażu znalazło się dużo innych ciekawych rzeczy, takich jak zakurzona, walająca się po podłodze praca magisterska Driftera. O budownictwie socjalnym, Le Corbusierze i planowaniu przestrzennym... Cóż, ja też traktowałam swoją jako przykrą konieczność, ale jednak na podłodze w piwnicy jeszcze nie wylądowała, widocznie to przychodzi z wiekiem. Znaleźliśmy też stary, drewniany kij do krykieta, którego Drifter używał jeszcze w szkole. Oczywiście ten osobliwy przedmiot trafił na szczyt naszej listy "koniecznych podczas campingu" rzeczy. Jakoś w końcu trzeba zabić nudę, a nie ma telewizji, Internetu i zasięgu telefonicznego (nareszcie!). Wzięliśmy więc freesby, vortex (taka śmieszna piankowa strzałka do rzucania), rakiety tenisowe, rakietki Dunlop, badminton, szachy, wędki, krzyżówki, masę książek, a nawet deskę surfingową (!). Muszę przyznać, że wszystkie te rzeczy okazały się przydatne podczas drogi, ale nie mieliśmy tak naprawdę czasu, żeby długo się nimi cieszyć. I co najlepsze, nawet bez nich nigdy nam się nie nudziło.  Trochę to grzebanie w garażu babci trwało trwało, ale dzięki temu udało się zaoszczędzić sporo pieniędzy. Dorzuciliśmy do samochodu jeszcze kilka praktycznych prezentów, które dostaliśmy w Boxing Day, tuż przed wyjazdem. W tym miejscu chcielibyśmy BARDZO podziękować św. Mikołajowi za GPS, bo gdyby nie on, to może i nie byłoby nas tu dzisiaj, a przed wyjazdem bardzo hojraczyliśmy, że na pewno damy radę bez takich zbędnych "gadżetów". Apeluję: jadąc w australijską dzicz weźcie ze sobą GPS. I nie dlatego, że łatwo się gdzieś tam na pustyni zgubić, bo jeśli jedziecie drogą asfaltową, to w zasadzie macie tylko jedną do wyboru trasę z południa na północ w zasięgu kilku tysięcy kilometrów, a na ekranie widnieje napis "turn left, 400 km". GPS przydaje się przede wszystkim w poszukiwaniu paliwa, bo wskazuje wszystkie pobliskie stacje benzynowe, a paliwo jest w tym przypadku kwestią witalną. Niemniej jednak, nawet z GPS-em można wpakować się w niezłe tarapaty, jeśli chodzi o benzynę, ale o tym za w kolejnym poście. Wydawało nam się także, że spakowaliśmy naprawdę wszystko, czego będziemy w drodze potrzebować, ale człowiek uczy się na błędach, wkrótce okazało się bowiem, że o kilku rzeczach nie pomyśleliśmy, a ich brak dał się nam wyraźnie odczuć. 27 grudnia czuliśmy jednak, że jesteśmy gotowi do podróży. Samochód spakowany, radio naprawione, paliwo zatankowane. Ruszyliśmy więc w drogę. Pamiętam, że na początek poszła płyta Kanye West i choć nigdy za nim specjalnie nie przepadałam, od tamtej pory jestem uzależniona od kilku utworów, bo kojarzą mi się bardzo pozytywnie z poszczególnymi etapami podróży.





Kropił deszcz i wiał mocny wiatr, ale my byliśmy tego dnia w doskonałym humorze. Odkręciliśmy szyby. W pewnym momencie powstał w samochodzie taki przeciąg, że zwiało mi z głowy słomkowy kapelusz, który specjalnie upolowałam na wyprzedażach tuż przed wyjazdem, wiecie, taki w stylu Krokodyla Dundee. No i kapelusz wyleciał przez okno. Trzeba było zawrócić (a jak!), jakiś dobrych kilkaset metrów, ale w końcu udało nam się go znaleźć gdzieś na poboczu. Dobry znak na szczęście :) Mieliśmy trzy dni i dwie noce na dojazd do Melbourne, które znajduje się ponad 1000 km na południe od Sydney. Mieliśmy się tam stawić 29 grudnia, aby odebrać dwójkę znajomych z lotniska i wspólnie pojechać na trzydniowy Pyramid Festival na Philip's Island, na południe od Melbourne. W Sylwestra mieli grać N.E.R.D., a my mieliśmy biwakować wraz z hipisami, rockmanami i innymi ciekawymi osobnikami przez całe 3 dni, na wydeptanej trawie, korzystając z Toi Toia. Tak więc, jak możecie się domyśleć, musieliśmy się spieszyć, bo było do czego, a mieliśmy do pokonania średnio 300 kilometrów dziennie. W pierwszy dzień "we took it easy" i dojechaliśmy "tylko" do Batemans Bay, 280 km na południe od Sydney. Nasza "Biblia Campera", czyli atlas z zaznaczonymi miejscami kempingowymi w całej Australii z pełnym opisem wszelkich udogodnień, pokierowała nas na małą polanę, tuż za miastem, gdzie można było zatrzymać się na noc za darmo samochodem lub nawet rozbić namiot. Takie darmowe pola biwakowe są oczywiście skromne i prowizoryczne, ale równocześnie często są bardzo malowniczo położone i mają to, co do szczęścia potrzeba, czyli dostęp do wody (nie zawsze pitnej), kontener na śmieci i jakąś drewnianą budkę, gdzie jest toaleta (bez elektryczności, ale uwaga, za to zawsze z papierem toaletowym i bieżącą wodą, choć czasem jest to deszczówka). Nie muszę chyba nawet mówić jak bardzo pomagają zaoszczędzić pieniądze podczas podróży. Przyjechaliśmy już po zmroku, dlatego nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak wyglądało to miejsce. Poszliśmy spać bez kolacji, po szybkim myciu zębów przy świetle latarki. Pierwsza noc w campervanie, był stres, muszę przyznać. Po pierwsze jak sobie logistycznie ze wszystkim poradzić, jak rozłożyć pufy, żeby powstało z nich wygodne miejsce do spania, jak zadbać o higienę osobistą, w końcu, jak zwalczyć własny strach, nocując na polanie, przy dość uczęszczanej drodze. Chyba najtrudniej było mi tak po prostu zasnąć przy oknie, które było jedyną barierą, która dzieliła mnie od Reszty. Przestrzeni, Ciszy, Ciemności. Drifter po dżentelmeńsku zajął miejsce przy suwanych drzwiach, u mnie budziło to szczerą panikę.  Wyobrażałam sobie na przykład jak rano otwieramy drzwi a tam stoi kangur i patrzy się na nas. Albo co gorsza, wyobrażałam sobie, że w nocy chcę wyjrzeć przez okno, a tam stoi jakiś świr i patrzy się na mnie w milczeniu błyszczącymi i obłąkanymi oczami. Wiecie, trochę tak jak Buka z Muminków. Najwyższe stadium strachu, jak dla mnie. Dlatego też stałam się fanatykiem zasłaniania okien na noc. Na szczęście mieliśmy zasłony dookoła całego samochodu. Nigdy nie chciałam ich odsuwać, jak na zewnątrz było ciemno. Najczęściej siedzieliśmy przy zwykłej świeczce, myśl o tym co może być za oknem często nie dawała mi spokoju.

Ostatecznie pierwsza noc upłynęła spokojnie, myślę, że nawet ja byłam zbyt wszystkim przejęta i chyba też tak zwyczajnie, po ludzku zmęczona, żeby tym razem wyobrażać sobie Bukę za moim oknem, dlatego też zasnęłam jak niemowlę. Poranek był cudny! Dziki camping okazał się dużo bardziej malowniczy, niż na to wskazywało. Biwakowaliśmy wśród wysokich, ale rzadko rosnących drzew, była przestrzeń, było słońce, byli ludzie dookoła, sporo prywatnych samochodów, ale zdarzyło się też kilka dużych przyczep kempingowych. Na nasze szczęście nie zapomnieliśmy o nieodzownym zestawie śniadaniowym: zapałki,  plastikowe miseczki na płatki i musli, ceramiczne kubki, włoski ekspres do kawy i metalowy garnuszek do podgrzania mleka. Świeci słońce. Ptaki śpiewają. Kawa nastawiona. Nigdzie nam się nie spieszy. Pachnie leśnym poszyciem i trochę eukaliptusami, a trochę naszą świeżo parzoną kawą. I przede wszystkim jest nowy dzień. I świeci słońce :)



wtorek, 27 marca 2012

Góry Błękitne, eukaliptus i 30 metrów w dół wodospadu

Zanim wyruszyliśmy na 2 miesiące w podróż campervanem, odbyliśmy dwie krótsze wycieczki po okolicy, zmierzając się z "materią". Pierwszym wypadem z prawdziwego zdarzenia był wyjazd w Góry Błękitne (The Blue Mountains),  położone około 100 km na zachód od Sydney. Góry stanowią część ogromnego pasma znanego jako Wielkie Góry Wododziałowe, a swoją nazwę  zawdzięczają eukaliptusowi. Dominuje on zdecydowanie nad pozostałą roślinnością, a z racji tego, że uwalnia do powietrza eteryczne olejki, zawarte w jego liściach, to nabiera ono charakterystycznego, błękitnego koloru. Obejmujący swoim zasięgiem park narodowy został wpisany na listę UNESCO, a jego powierzchnia obejmuje, uwaga, prawie 1 500 km2. Dla porównania, powierzchnia całego Krakowa to zaledwie 300 km2. Najczęściej odwiedzaną miejscowością na terenie Blue Mountains National Park jest Katoomba. Tam też wybraliśmy się na weekend. 


Zdjęcie satelitarne. Warto porównać rozmiar samej miejscowości z bezmiarem lasu. Nieprzerwanie intryguje mnie miejsce zwane tu na mapie Blue Labirynth. Do większości terenów nikt nigdy jeszcze nie dotarł, a gdyby ktoś chciał iść w poprzek parku narodowego linią prostą, zajęłoby mu to ponad miesiąc.


Pierwszego dnia postanowiliśmy zobaczyć ikonę Gór Błękitnych, interesująca formację skalną o nazwie Three Sisters. Trochę jak nasze Trzy Korony w Pieninach :) Przeszliśmy też jeden z wytyczonych szlaków turystycznych, schodząc najdłuższymi chyba skalnymi schodami na świecie (różnica poziomów 300 metrów, ilość stopni ponad 800) i wjeżdżając z powrotem na poziom Katoomby najbardziej stromą kolejką wagonikową na świecie (tak przynajmniej nam powiedziano). Pokonując wspomniane Giant Stairway (jak widać Australijczycy nie owijają w bawełnę) widzieliśmy wielu Chińczyków po drodze, wspinających się w górę, w eleganckich koszulach i butach zupełnie do tego nie przygotowanych. Byli u samych stóp góry. Nie chcieliśmy nawet sygnalizować, co ich czeka po drodze. Śmialiśmy się, że muszą chyba iść z samych Chin, jakimś podziemnym korytarzem, który łączy obydwie półkule, tak wielu ich było. 








Pierwszy dzień pobytu upłynął dość szybko i leniwie, bo tak naprawdę czekaliśmy na to, co miało nastąpić następnego dnia. Postanowiliśmy mianowicie skorzystać z usług świadczonych przez jedno z kilku znajdujących się w Katoombie biur turystycznych zajmujących się  sportami ekstremalnymi. Padło na grupę młodych, zajawionych ludzi z High&Wild. Poszliśmy na spotkanie organizacyjne, oprócz nas było tam jeszcze dwóch poszukujących przygód i adrenaliny Szwedów. Nie muszę chyba dodawać, że byłam jedyną dziewczyną w całym tym towarzystwie, co oczywiście nie pozostało niezauważone, ze względu na wysoką podejrzliwość pozostałych uczestników w stosunku do mojej odwagi, kondycji fizycznej oraz umiejętności  wyczynowych. No ale wypełniliśmy ankiety, zaznaczając, że dobrowolnie podejmujemy ryzyko stałego uszczerbku na zdrowiu, a nawet śmierci. To była chyba najpaskudniejsza część. Potem było już tylko ciekawiej.


Foto by Rikard Backsater
Naszym instruktorem był Tim, chłopak w wieku lat 26, z którego jednak, pomimo młodego wieku, emanowało doświadczenie i opanowanie. Łatwo przyszło mi mu zaufać, sprawiał wrażenie faceta, który zna się na tym, co robi. Potem zresztą okazało się, że przemierza te same szlaki praktycznie codziennie. No ale na co tak naprawdę się zdecydowaliśmy? Na kombinację dwóch interesujących sportów na poziomie średniozaawansowanym, mianowicie abseiling + canyoning. Wyruszyliśmy małym vanem w piątkę, zaparkowaliśmy w miejscu, gdzie było najbliżej do naszego celu, a celem był Empress Canyon. Abseiling to zjazd na linie wzdłuż różnego rodzaju ścianek skalnych. Większość z nas nigdy wcześniej tego nie robiła, zaczęliśmy więc na mini ściance, wysokości 5 metrów, musieliśmy najpierw nauczyć się samej techniki, jak używać liny, jak się ubezpieczać, jak komunikować się z instruktorem. Pogoda dopisywała, a widoki były przepiękne i pomimo tego, że nasza ścianka miała jedynie 5 metrów wysokości, to i tak strach człowieka przechodził na widok nieogarnionej przestrzeni dookoła. Byliśmy naprawdę wysoko, a góry faktycznie zdawały się błękitne. Po 5 metrowej ściance przyszedł czas na zjazd 15 metrów z dół. Tu już trochę mogło zakręcić się w głowie. Na koniec, skalny pion wysokości 30 metrów. Naprawdę nie chciałam patrzeć w dół. Zdecydowanie najtrudniej jest postawić pierwszy krok. Potem robi się fajnie, ale moment, kiedy trzeba przejść z pozycji poziomej w pionową jest naprawdę trudny. Nie muszę chyba wspominać, że wszystko pozostaje tak naprawdę kwestią zaufania. Do instruktora, do haka, do liny, do samego siebie...

Przyszła pora na lunch. Wszystko szło póki co gładko, a ja zdążyłam sobie zaskarbić trochę szacunku chłopaków, że jednak nie popsuję im zabawy, bo nic nie wskazuje na to, że miałabym wymięknąć. Po krótkiej przerwie udaliśmy się w stronę kanionu. Z plecakami i dobytkiem szliśmy około pół godziny przez las, było naprawdę parno i gorąco, w górach panowała ogromna wilgoć, zresztą większość australijskich lasów nosi nazwę rainforest, choć trudno tu oczywiście o jakiekolwiek porównanie z afrykańskimi lasami równikowymi. W Australii są to głównie cienkie i bardzo wysokie eukaliptusy i ogromne paprocie, takie jak wyobrażałam sobie na lekcjach biologii o skrzypach i paprotnikach sprzed milionów lat. Wszystko dookoła porusza się i oddycha. Jest naprawdę parno, pot cieknie po całym ciele. Ta siła natury zachwyca i przytłacza zarazem. Człowiek naprawdę czuje się tu gościem, i to raczej takim nieproszonym, niż intruzem. Doszliśmy do wlotu kanionu. Empress ma około 2 kilometrów długości. Canyoning to sport interdyscyplinarny: wymaga umiejętności pływania, ale głównie polega na przejściu dnem kanionu w piance, kasku, wygodnych butachi wodoodpornym plecaku, który pełni zarazem funkcję koła ratunkowego, ponieważ unosi się na wodzie i nie pozwala utonąć. Tim opowiadał nam po drodze o tym jak powstały Góry Błękitne, jak tworzy się kanion, o geologii i roślinności tych terenów. Przebraliśmy się w pianki, przezornie wzięłam ze sobą pod ubranie kostium kąpielowy, i dobrze, bo oczywiście nie było jak i gdzie schować się przed chłopakami. Przy okazji zostaliśmy jeszcze poinformowani, że zazwyczaj na dnie tego konkretnego kanionu nie ma wiele wody, ale z racji tego, że od kilku tygodni padało, to dzisiaj będzie trochę trudniej, bo woda w niektórych miejscach płynie wezbranym potokiem. Było już high, ta część zdecydowania zapowiadała się na wild. 


Foto by Rikard Backsater

Już tak jakoś mam, że jestem uparta, czasami zawzięta, a już na pewno chorobliwie ambitna jeśli chodzi o wszelkie kwestie, gdzie trzeba sobie i innym dookoła udowodnić, że dam radę i nie jestem mięczakiem.  Nie mogłam dać chłopakom tej satysfakcji. Postanowiłam więc, że choćby "skały srały", to przejdę ten kanion bez mrugnięcia powieką. Na początku było błogo, niewinnie i przede wszystkim nieziemsko pięknie. Ściany skał otaczały nas dookoła, kanion był naprawdę wysoki i wąski. Nad nami rozpościerały się zielone gałęzie paproci, które zasłaniały niebo, ale gdzieniegdzie, co jakiś czas przez ich liście przebijały promienie słońca, kropelki wody parowały znad powierzchni potoku i unosiły się w powietrze. Widzieliśmy wodne kraby, podobno żyją tam też dziobaki, ale są to zwierzęta bardzo trudne do zaobserwowania, bo wypływają na łowy tylko nocą lub wczesnym porankiem. Po tej sielance nastał czas próby. No i się zaczęło. Tim chyba czuł, że łatwo się nie poddał, a równocześnie wydaje mi się, że chciał mnie sprawdzić i przetestować moją wytrzymałość i odporność na stres. Dlatego też do pierwszego zadania wybrał mnie. Doszliśmy do czegoś w rodzaju wodnej groty, sufit nie był całkiem zasklepiony, dlatego do środka wciąż wpadała odrobina światła wąską strużką, ale generalnie rzecz biorąc było wilgotno i ciemno. Grota miała jakieś 10 metrów wysokości, a pośrodku znajdowało się małe oczko wodne, pełne czarnej jak smoła wody. Dowiedziałam się, że żeby kontynuować nasza trasę, musimy tam wskoczyć i potem popłynąć dalej, zanim znów staniemy na dnie kanionu. Skok należało wykonać z pewnej wysokości, ze skalnej półki, która znajdowała się na wejściu. Naprawdę się bałam. A Tim "tak dla jaj" kazał mi wykonać skok tyłem. Moje zaufanie zostało wystawione na ogromną próbę. Nie wiedziałam jak głęboka jest woda, była tak czarna, że nie dało się tego w żaden sposób ocenić. Nie wiedziałam, czy coś tam żyje czy nie. No ale skoczyłam. Było zimno i głęboko, ale jak tylko pokonałam tę pierwszą barierę, to hamulce puściły. Szliśmy i płynęliśmy na zmianę, ślizgając się na skalnych "zjeżdżalniach", po drodze mieliśmy do wykonania jeszcze trzy skoki. Ostatni, najtrudniejszy, z wysokości jakiś 7 metrów. Trzeba było najpierw wspiąć się na omszałą i wilgotną skałę i bardzo precyzyjnie wycelować, bo oczko wodne do którego skakaliśmy było głębokie, ale wyjątkowo wąskie, wielkości jacuzzi. Dookoła były skały, jakby ktoś źle wycelował, to efekt byłby opłakany. Za pierwszym razem poślizgnęłam się i prawie spadłam na twardą część. To był chyba jedyny moment, kiedy naprawdę poczułam na karku niebezpieczeństwo i ogromny strach. Na koniec czekała nas niespodzianka. I tu wyszło na jaw po co w pierwszej części dnia ćwiczyliśmy abseiling. Mianowicie, po tym jak dotarliśmy do końca kanionu, zobaczyliśmy ogromny wodospad, wysoki na 30 metrów. Co więcej, po niedawnych ulewach, woda bardzo wezbrała i siła wodospadu była gigantyczna. Mieliśmy zjechać po linie w dół wodospadu. Tim ostrzegał nas, że ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, z jaką siłą będzie uderzać w kask spadająca woda. Miałam wrażenie, jakby ktoś walił z całej siły kamieniami w moją głowę, to było naprawdę dziwne uczucie. Gdy straciło się równowagę, woda zalewała cała twarz, trudno było stanąć z powrotem na nogi. Ale w końcu udało się. Nagrodą była kąpiel w lodowatym skalnym basenie, do którego wpadał wodospad.  A potem jeszcze zimne piwko z naszym instruktorem po szczęśliwym powrocie do domu, niezapomniane wspomnienia i ogromna satysfakcja.


Canyoning okazał się jednym z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Obecnie moim marzeniem jest wyruszyć do Słowenii, aby móc spróbować swoich sił w ich parkach narodowych, ponoć mają jedne z najlepszych w Europie warunki do uprawiania tego nietypowego sportu.


Foto by Rikard Backsater

A oto i ja. Challenging myself. Foto by Rikard Backsater.



niedziela, 25 marca 2012

Przygotowania do drogi


Podstawową sprawą był oczywiście samochód. Po długich poszukiwaniach stanęło na kupnie starej Toyoty Hi Ace, rocznik 1986 (dobry rocznik!). Był to campervan, w bardzo dobrym stanie. Ostatnimi właścicielami była przyjemna rodzina z Anglii, która rzadko kiedy wybierała się w jakąkolwiek podróż, więc auto było czyste i zadbane. Widzieliśmy się z właścicielami dwukrotnie, towarzyszyła temu rodzina w komplecie, to znaczy trójka małych dzieci. Najstarszy chłopczyk, około lat 5, zdradził nam kilka szczegółów, o których jego tata zapewne wolałby nie wspominać, bo okazało się, że parę rzeczy szwankuje...  Jednak gdy ostatecznie zapadła decyzja o sprzedaży samochodu, chłopiec naprawdę nie chciał się z nim rozstać, oczy zaszły mu łzami, a my nie wiedzieliśmy jak zareagować. Obiecaliśmy mu, że będziemy o niego dbać i, że auto dostanie swoje własne imię, a po podróży trafi w dobre ręce. Na przednich siedzeniach były nałożone trzy kolorowe t-shirty z nadrukowanymi twarzami różnych komiksowych stworków. I tak już zostało, stworki zjechały z nami pół Australii. Koniec końców uznaliśmy, że wszystkie towarzyszące kupnie samochodu okoliczności powinniśmy uznać za dobrą karmę i bez żalu patrzeć w przyszłość. Campervan był nieco dłuższy od standardowych, które widzieliśmy wcześniej. Dzięki temu był też bardzo przestronny: mieściło się w nim wszystko, czego mogliśmy potrzebować w czasie tych dwóch miesięcy, które mieliśmy spędzić na drodze. Była tam mała lodówka, zlew z automatycznym dopływem wody z głównego baku, szafki, rozkładany stolik i wygodne siedzenia-pufy, które w dowolnym momencie można było w kilka chwil przekształcić w naprawdę duże, wygodne łóżko. Bak został skonwertowany na tzw. duel fuel, czyli samochód palił zarówno benzynę jak i mógł działać na gaz. Stwierdziliśmy, że taka opcja być może zaoszczędzi trochę wydatków na drogą (choć i tak tańszą niż w Europie) benzynę. No i pozostała jeszcze kwestia imienia. Po długich namysłach padło na Kozi. Transkrypcja nie gra tutaj większej roli, mogło równie dobrze być Cozzie, Kozzie, Cozi, i tak dalej... Dlaczego? Ano dlatego, że Drifter zna się trochę na historii Polski i wie, że nazwisko pewnej postaci historycznej połączyło nasze narody. Chodzi o Kościuszkę. Gdy Sir Edmund Strzelecki eksplorował Australię, jako pierwszy biały człowiek wspiął się na jej najwyższy szczyt. Wierzchołek wzgórza miał mu nasunąć na myśl widok krakowskiego Kopca Kościuszki. A jako, że Naczelnik był postacią w ówczesnym świecie znaną międzynarodowo i w pamięci potomnych zapisał się jako wolnomyśliciel-kosmopolita, to Strzelecki nadał górze nazwę GóryKościuszki (Kościuszko Mount). I tak już zostało. A park narodowy, który rozciąga się dookoła to Kościuszko National Park. Produkują nawet piwo z krystalicznej, górskiej wody, która pochodzi z Gór Śnieżnych, gdzie ów park narodowy się znajduje. Tyle, że Australijczycy nijak nie potrafią wymówić tej nazwy, więc na miejscu trzeba wymawiać Koziosko.




środa, 21 marca 2012

Get that travel bug

Tak naprawdę nie wiem, kiedy dokładnie narodził się pomysł na odbycie tej podróży. To musiały być wakacje 2010. Drifter powiedział do mnie któregoś dnia: "czy lubisz camping? co powiedziałabyś na dłuższą podróż, samochodem?". Ot tak, po prostu. Oczywiście, że powiedziałam tak, kto by nie powiedział? Nigdy nie byłam w Australii, nie miałam tak naprawdę pojęcia o czym mówimy. Odległości, krajobrazy, warunki podróżowania... zgodziłam się spontanicznie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, była to chyba najlepsza decyzja jaką do tej pory podjęłam w życiu. W Sydney po raz pierwszy wylądowałam na początku listopada. Surrealne przeżycie. Podróż trwała (kalendarzowo) prawie 4 dni. 27 godzin spędzonych w autokarze z Krakowa przez Berlin, Dunkierkę, Dover do Londynu. Nocleg w Londynie, wyprawa na Heathrow, lot do Bangkoku (14 godzin+3 godziny na lotnisku), z Bangkoku do Sydney (8 godzin) + 10 godzin dodanych w zegarku, ze względu na zmianę strefy czasowej. Wyruszyłam we czwartek w południe, wylądowałam w niedzielę rano. Szok termiczny. W Polsce zaczynała się już wszak powoli zima, w Australii właśnie rozpoczynało się lato. Każda podróż inspiruje, ale czynnik odległości ma na pewno ogromny wpływ na nasze postrzeganie. Lecąc do Australii naprawdę CZUĆ, że jest daleko. Słynnego jet lagu nie było, chyba z ogólnej ekscytacji i chęci poznania Nowego. Po mniej więcej tygodniu zdrowej i wskazanej adaptacji, trzeba było podjąć pewne decyzje, co do tego, gdzie jedziemy, czym jedziemy i na jak długo chcielibyśmy jechać. Zrozumiałe, że w powyższych kwestiach pokładałam moje bezgraniczne zaufanie w moim towarzyszu podróży, bo był Stamtąd. Po długich namysłach i konsultacjach, ostatecznie postanowiliśmy wyruszyć zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, jak tylko uda się na ten czas kupić lub wynająć odpowiedni samochód i załatwić wszystkie formalności. Plan podróży miał być tylko ogólnie zarysowany, o wszystkich szczegółach mieliśmy decydować as we go. Trzymała nas tylko jedna data: 30 grudnia, dzień przed Sylwestrem, mieliśmy być na Philip's Island, na południe od Melbourne, ponad 1000 km stąd. To dało się zrobić, o resztę się nie martwiliśmy. Planowany czas podróży: 2 miesiące. Trasa została wytyczona: Sydney do Melbourne wzdłuż wschodniego wybrzeża, krótki pobyt na Philip's Island, przebycie Great Ocean Road w stanie Victoria, przekroczenie granicy ze stanem South Australia, dłuższy pobyt na Kangaroo Island, następnie Adelaide - ostatni powiew cywilizacji przed wyruszeniem w Outback. Przez Port Augusta mieliśmy skierować się na północ, przemierzając słynną Stuart's Highway, jedyną drogę asfaltową łączącą północ z południem, przez Coober Pedy w kierunku Alice Springs. Po drodze odbiliśmy jeszcze na zachód, po to, aby na własne oczy ujrzeć ikonę Australii, czerwoną skałę Uluru (dawniej Ayers Rock). Stamtąd mieliśmy podążać jeszcze trochę na północ, aż do Tennant Creek, aby potem odbić z powrotem na wschód (tym samym, zataczając pełną petlę) przez Mount Isa aż do Townsville. Z Townsville w stanie Queensland chcieliśmy wrócić do Sydney wzdłuż malowniczego wschodniego wybrzeża, gdzie znajdują się prawdopodobnie najbardziej ikoniczne miejsca związane z Australią, chociażby takie jak Wielka Rafa Koralowa. Niestety, los chciał inaczej. Utknęliśmy w Alice Springs z powodu ogromnego cyklonu Yasi, który nawiedził wtedy Queensland i spowodował tragiczne w skutkach powodzie, o których nawet w Polsce było głośno. Musieliśmy zawrócić. Ostatecznie wszystko tak się jakoś poukładało, że w drodze powrotnej zwiedziliśmy miejsca, na które zabrakło nam czasu wcześniej, więc nie było tak naprawdę czego żałować. "Another time", powiedział Drifter.